czytelnia

Bój się, pisz i… wydawaj! – artykuł Moniki Lis

Moja powieść przyszła do mnie nieplanowana. Wyjechałam w Bieszczady podjąć decyzję, z którą mocowałam się już bardzo długo – pisać doktorat czy nie – i kiedy uznałam, że kariera naukowa jest nie dla mnie, poczułam, że muszę usiąść i opowiedzieć historię Melanii. Trwałam w pisarskim uniesieniu 3 tygodnie. Nie umiałam powiedzieć, gdzie kończy się świat rzeczywisty a zaczyna ten fikcyjny. Po tych trzech tygodniach odeszłam od komputera i oniemiałam: napisałam powieść!

Uznałam, że muszę skonsultować się z kimś, kto na pisaniu fikcji zna się lepiej niż ja i powie mi, czy to się w ogóle do czegokolwiek nadaje. Stwierdziłam, ze tylko z ust Marii będę w stanie udźwignąć krytykę, więc to z nią umówiłam się na spotkanie. Z drżącym sercem i na miękkich nogach szłam do krakowskiej kawiarni Massolit. Bałam się, mimo tego, że przyjęłam postawę pod tytułem „na pewno powie mi, że muszę nad wieloma rzeczami popracować, ale to nic dziwnego, przecież mnie nikt nie uczył pisania powieści”. Stało się dokładnie tak, jak zakładałam. „Musisz przepisać wszystkie dialogi, bo teraz są drętwe”, „Twoi bohaterowie są jeszcze zbyt papierowi, musisz nad nimi popracować”, ale: „Historia jest dobra”.

To był początek długiego procesu nauki pisania i mierzenia się z samym sobą. O ile trzon powieści powstał w niecały miesiąc, to praca z Marią trwała jakieś 3-4 miesiące. O dziwo było łatwiej, niż się spodziewałam. Myślałam, że nie będę w stanie poprawiać siebie, że mnie to przerośnie, a wcale tak nie było! Traktowałam to jako świetną przygodę, nowe wyzwanie. Oczywiście, że dołowały mnie komentarze w stylu „ten bohater jest obrzydliwie dobry, zmień to”, ale tylko na chwilę – wiedziałam, że dzięki takim uwagom moje pisanie będzie lepsze. Nie miałam też poczucia, że uginam się przed autorytetem – raczej że wspólnie pracujemy na to, żeby książka była świetna. I tak rozumiem postawę pokory, która jest niezbędna w każdym rodzaju twórczości – mądre przyjmowanie konstruktywnej krytyki i rozwijanie swoich umiejętności.

Odważyłam się pokazać światu moja powieść, kiedy jeszcze była słaba. Ale dzięki temu, że nie trzymałam jej w szufladzie i nie poprawiałam jej jedynie według własnego widzimisię, mogłam dostać cenny feedback i od Marii, i od pierwszych czytelników. Przyjmowałam uwagi, uczyłam się na błędach, ale szłam dalej. Nie przejmowałam się, że moje pisanie nie jest doskonałe, tylko cały czas pracowałam nad tym, żeby było lepiej. Kiedy powieść osiągnęła odpowiednią formę, zewsząd zaczęły dochodzić do mnie głosy, że trzeba ją pokazać szerszej publiczności. Stanęłam przed kolejną decyzją: tradycyjne wydawnictwo czy self-publishing. Padło na to drugie.

To było bardzo trudne doświadczenie, ale było warto! Tyle, ile się dowiedziałam o sobie podczas całego procesu pisania i tworzenia książki już jako fizycznego produktu, to jest zdecydowanie bezcenne. Wiele razy musiałam słuchać mądrzejszych od siebie ludzi, pokonywać tysiące kryzysów po drodze, radzić sobie ze stresem i zniechęceniem. Ale zawsze po tym, jak działo się coś, co powodowało, że miałam ochotę zagrzebać się pod kołdrę i nigdy z niej nie wyjść, świat podsyłał mi dobrych ludzi, dzięki którym rosły mi skrzydła. Magia? Nie, to tylko twórczość, ciężka praca i dobra energia, która wraca!

Jeśli piszesz i boisz się pokazać swoją twórczość innym – błagam, odważ się. Tylko dobrze dobierz sobie osobę na recenzenta. Musi to być ktoś, kto się zna, a nie ktoś przypadkowy – żeby nie zrobił Ci krzywdy. Zobaczysz, później będą działy się wspaniałe rzeczy!

Monika Małgorzata Lis

monikamalgorzatalis.pl

 

 

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.