Historia

Nie mam żadnych wspomnień z dzieciństwa z moją babcią. Nie wiem, co robiła kiedy się urodziłam, gdzie była kiedy ryczałam w przedpokoju przedszkola. Nie pamiętam ani jednego jej uścisku, który sprawił mi przyjemność. Pojawia się w moich wspomnieniach znienacka, kiedy byłam już w liceum i cierpiałam na wieczny brak prywatności w mojej wieloosobowej rodzinie. Przychodziła do nas w odwiedziny i mój mikroskopijny pokój na końcu korytarza, za toaletą, traktowała jak przebieralnię. Na haczyku za drzwiami zostawiała kapelusz i ciepłe cieliste rajstopy. Strasznie mnie to denerwowało i kiedyś  wyniosłam jej wszystkie rzeczy do przedpokoju. Jedyny raz wtedy się z nią pokłóciłam.

Nigdy nie poznałam mojego dziadka. Podobno kiedy umierał powiedział o mojej babci: „To złota kobieta, tylko nie można z nią wytrzymać”. Przez lata budowałam swoje poczucie tożsamości na domniemanym podobieństwie do niego. Oglądałam w kółko kilka jego zdjęć, które zostały i porównywałam w lustrze swoją twarz. Analizowałam jego szerokie czoło i zacięte usta i widziałam w nich siebie. Opowiadałam wszystkim, że mam charakter po dziadku i dlatego nie znoszę mojej babci. Że też był uparty, bezczelny i pragnął samodzielności, dokładnie jak ja. Pytałam babcię o niego, byłam zachłanna na historie o nim, ale babcia gładko prześlizgiwała się w historie o sobie. W jej historiach dziadek był  niezaradnym marzycielem bez twardego charakteru. Stwierdziłam, że co ona do cholery może wiedzieć o dziadku i przestałam ją odwiedzać.

Nad biurkiem przykleiłam jego zdjęcie z moją młodziutką mamą: oglądają hubę w lesie. Dziadek ma flanelową koszulę, zmierzwione włosy. Jest skupiony. W tle rzędy drzew. W świetle mojej lampki wyglądał tak blisko, że chwilami miałam wrażenie, że zaraz wkroczy do mojego pokoju i zapyta, czy zagram z nich w szachy. Wpatrywałam się w niego godzinami zamiast uczyć się do matury. Mama opowiedziała mi, że wtedy pojechali na biwak i dziadek spał w samochodzie, a ona, tato i babcia w namiocie. Babcia w środku rzecz jasna.

Babcia uwielbia podróżować. Kiedy była młodsza jeździła w kółko po całej Polsce odwiedzać rodzinę. Pociągami i autobusami. Miała kilka toreb, różnego rozmiaru i walizkę na większe wyprawy. Jedna z toreb, skórzana, kwadratowa, ze śmiesznymi krótkimi uszami nadal jest w domu moich rodziców. Nazywamy ją „świnia”. Właściwie nie wiem dlaczego.

Babcia oczywiście zawsze chciała żeby ktoś podróżował z nią, był jej obstawą, nosił za nią torbę. Lata później sprytnie załatwiła sobie pierwszą grupę inwalidzką przedstawiając listę w połowie wyimaginowanych chorób ułożonych alfabetycznie. Pod „p” było „podejrzenie o jaskrę”. Kiedy podróżowała jako inwalidka, jej „asystent” jechał prawie za darmo. Babcia kusiła nas tą perspektywą, że przecież skoro jest już tak prawie za darmo to bez sensu byłoby nie skorzystać. Pojechałam z nią raz do Warszawy, kiedy byłam w liceum, pociąg był bezprzedziałowy, popołudnie zimowe, ciemne. Babcia miała w torebce: orzeszki, karmelki i ziołowe cukierki w dwóch rodzajach: piniowe i lipowe. Nie żadne tam przaśne bułki z kiełbasą czy jajka na twardo i sól w woreczku. Do tego woda lub kawa z termosu. Do czytania najnowszy „Tygodnik Powszechny” oraz tomik poezji Karola Wojtyły. Dwie pary okularów, chusteczki higieniczne zwykłe i mokre (zabrane z samolotu w latach 70tych).

Nigdy więcej z nią nie pojechałam.

Babcia podróżowała też już dużo wcześniej, sprzedając guziki. Nie wiem, czy te podróże także tak uwielbiała. Jeździli czasami razem z dziadkiem, samochodem. Zatrzymywali się u rodziny, jeśli nikt nie mieszkał w pobliżu to w hotelu. Przy okazji pobytu we Wrocławiu babcia uparła się, że chce iść do opery.

Wyobrażam ich sobie jak w aucie przemierzają kilometry. Babcia z początku coś mówiła, opowiadała, ale dziadek zupełnie nie reagował, nawet fatycznym „tak” lub „yhy”. Patrzył prosto przed siebie, skupiony na szosie był zupełnie nieobecny. Babcia stopniowo przestawała mówić, jeszcze czasami coś wtrącała, raz na kilka, kilkanaście minut zaczynała ożywionym głosem: „Właśnie, miałam ci powiedzieć o pani Lucynie…” albo „Wiesz Krzysiu, dawno nie rozmawialiśmy o twojej mamie…”, ale potoki słów były coraz krótsze. W końcu babcia przestała mówić zupełnie. Jechali sześć godzin w kompletnym milczeniu.

Poznali się z dziadkiem na studiach. Babcia była piękna, elegancka, miała cudowne gęste włosy i twarz o mocnych rysach. Miała klasę. Widać było, że to kobieta z charakterem. Dziadek zakochał się w niej natychmiast. Zamieszkała w jego domu rodzinnym na rok przed ślubem, a w noc poślubną przeprowadziła się do jego pokoju. Wyobrażam sobie jak w mroku pokoju parterowego domu z ogrodem na Chojnach dziadek głaszcze moją babcię po twarzy, odgarnia jej gęste jak lwia grzywa włosy za ucho. Ten dom już nie istnieje. Tak samo jak mój dziadek, który, pewny siebie, silną dłonią przyciąga do siebie moją pierwszy raz w życiu speszoną babcię.

Wiem od taty, że ich dom nie był ciepłym domem rodzinnym. Boże Narodzenie spędzali w ośrodku wczasowym w Krynicy albo Zakopanem. Wielkanoc w Łebie. Babcia nie gotowała, mieli kucharkę, a w niedziele chodzili do restauracji. Kiedy się zestarzała i została sama próbowała to nadrobić piekąc dla nas twarde jak kamień pierniki i przesłodzone szarlotki. Lubiłam tylko jej zupę wiśniową, chłodną, słodko-cierpką, z makaronem i łyżką słodkiej śmietany pośrodku talerza. Czy dziadek też ją lubił? Nie wiem co jadał, wiem tylko, że był wielkim fanem lodów. Zabierał do parku na lody moje siostry cioteczne i kupował dla siebie największą porcję. Zazdrościłam im latami.

Wyobrażałam sobie, że jestem kopią dziadka. Wyszperałam w szafie kraciaste wełniane spodnie do jazdy konnej, które podobno należy do niego i nosiłam je uparcie, chociaż wyglądałam okropnie, a wełna gryzła mnie w uda. Patrzyłam na siebie w lustrze, robiłam skupioną minę i widziałam go jak ogląda hubę i pokazuje nierówne brzegi mojej mamie. Chciałam, żeby nauczył mnie grać w szachy, zabierał na spacery do parku i rozmawiał ze mną o życiu. Szukałam go w internecie. Tęskniłam za nim.