Las

Szłam przez ciemny las już bardzo długo. Ktoś kiedyś powiedział mi, że za piątym dębem będzie wyjście na polanę, ale to nie była prawda. Liczyłam dęby, dawno minęłam dwunasty, a zarośla dalej wyrastały przede mną ciemną ścianą, krzaki jałowców pochylały się do mojej szyi, mech dalej oplatał moje kostki. Straciłam nadzieję, że kiedykolwiek znajdę wyjście. I wciąż wierzyłam, że polana gdzieś jest, że może tylko zabłądziłam, wracałam do pierwszego dębu i znów liczyłam, sprawdzałam brzozowe zagajniki, zamykałam oczy, liczyłam do stu i otwierałam powoli mając nadzieję, że tylko źle patrzę, że to mara, że polana jest przede mną, tylko jej nie widzę. Nie było jej. Nie chciała tam być, nawet centymetra, nie wystawiała nawet koniuszków palców zza starych omszałych pni.

Czułam jak pode mną rosną korzenie drzew, ziemia ruszała się pod moimi stopami, brudziła mi tenisówki, nie były już błękitne. Może nigdy nie były błękitne, może ich błękit nie należał w ogóle do tej historii? Nie widziałam nieba od tak dawna. Korony drzew były zbyt gęste, sączyło się tylko przez nie mgliste światło, jak przez szkło mlecznej butelki. Jagody rosły na moich oczach, ale wiedziałam, że nie są jadalne. Mogłam tylko położyć się wśród nich, brzuchem do ziemi, wsunąć dłonie w trawę i liczyć na to, że dwunasty dąb stanie się piątym, że zjedzą mnie wilki, że zabierze mnie sen albo że się obudzę. Ziemia kręciła się pode mną i we wszystkich warstwach, do samego środka mruczała. Nie byłam sama.

[marzec 2018]