czytelnia

Do szuflady – Joanna Nałęcz

Tylko grafomani piszą do szuflady – nie pamiętam już, kto wypowiedział te słowa, ani kiedy, doskonale za to pamiętam, jakim tonem zostały wypowiedziane – takim, wiecie, trochę protekcjonalnym. Bo żeby pisać, trzeba być pisarzem, albo co najmniej dziennikarzem, czyż nie? Trzeba mieć talent i coś niezwykle ważnego do powiedzenia, najlepiej coś, co zmieni świat. Trzeba mieć świetny pomysł, na treść, i na formę – forma musi być super nowatorska, żeby powstało prawdziwe dzieło, w stylu, eee, neo-post-modernizmu, magicznego. Krótko mówiąc, żeby pisać trzeba mieć pewność, że odniesiemy sukces, że będą nas publikować i czytać, i pokazywać w programach typu „Pegaz”, gdzie my, w czarnych golfach i okularach będziemy odpowiadać na pytania o twórczy proces, na poważnie. Albo ewentualnie trzeba odnieść sukces komercyjny – wtedy uśmiechamy się nonszalancko na tle półki z napisem „Bestsellery miesiąca” i zapraszamy na kurs „Skandynawski kryminał w weekend”… Uch, ale daleko odpłynęłam, aż do Skandynawii. Wracam zatem, do szuflady. Bo mam taką szufladę, a jakże.

Moja szuflada jest jedną z sześciu i mieści się w starej szafie po babci.

Drewno od środka jest ciemniejsze niż na zewnątrz, i pachnie naftaliną, bo moja babcia w tej akurat szufladzie przechowywała dość makabryczną etolę ze zwierzątek, których nóżki i ogonki wisiały po obu stronach babci, kiedy wychodziła 1 listopada na cmentarze. Teraz leży tam fura papierów, w tym moje zapiski, tworzone…  no właśnie, i tu dochodzimy do sedna sprawy. Nie, chyba jednak nie pisałam ich „do szuflady” – zresztą, co to w ogóle znaczy, pisać do szuflady? Bo właściwie nie wiem. Skonsultowałam więc problem z internetowym Słownikiem Języka Polskiego PWN i otrzymałam taką oto definicję, autorstwa Jerzego Bralczyka: 

Pisać do szuflady, czyli: pisać rzeczy, nieprzeznaczone, przynajmniej na razie, do druku. Piszemy, by nas czytano. Ale czasem piszemy, wiedząc, że albo na razie nie można, albo nie od razu nas przeczytają, albo, przeczytawszy, zaraz zapomną, albo nie docenią, albo nie uwierzą. Piszemy tak w ogóle, do potomności, do późnych wnuków, albo też po to, żeby coś, co powinno naszym zdaniem być napisane, napisane zostało. Dla takich rzeczy najlepsza jest szuflada. Dobrze zamykana.

Teraz już wiem na pewno, że nigdy nie napisałam niczego do szuflady.

Nie, to wszystko, co mam w szufladzie, napisałam dla siebie, tak, przede wszystkim dla siebie, żeby się sobie przyjrzeć, żeby gdzieś w sobie dotrzeć, coś oswoić, zrozumieć, albo pogodzić się z tym, że nie rozumiem i może nigdy nie zrozumiem.

Żeby chociaż na chwilę nadać płynnej, amorficznej substancji życia jakąś formę, jakąś ramę. Żeby wziąć z niej próbkę i obejrzeć pod mikroskopem, albo właśnie wdrapać się gdzieś wyżej i spojrzeć na to wszystko z góry. Słowo pisane ma niezwykłą moc. Potrafi przyszpilić drobiazg wyłowiony przypadkiem z ruchliwej, nieobliczalnej pamięci, i wydobyć na światło, i zatrzymać; odkryć jego znaczenie albo mu je nadać. Albo mu je odebrać. Potrafi zrobić to, co jest nam akurat potrzebne. Dokumentuje zmiany, w świecie i w nas samych. Moja przyjaciółka chciała wziąć kiedyś udział w konkursie i opisała fragment swojego życia. Tekstu w końcu na nie wysłała, bo nagle wydał jej się zbyt intymny, ale długi czas potem powiedziała mi „Wiesz, natknęłam się na ten kawałek, który napisałam wtedy na konkurs WO, to było osiem lat temu… Osiem lat, a ja tej osoby, która to napisała, już nawet nie pamiętam”. 

No i jest jeszcze niebagatelna kwestia pracy nad pisarskim warsztatem – na czymś trzeba przecież ćwiczyć. Więc nawet jeśli akurat macie w sobie tę część, która widzi się w Pegazie (ja mam – oczywiście, że mam!) – to też warto pisać dla siebie czy też do szuflady – tym bardziej, że te szuflady są coraz częściej po prostu folderem w komputerze, a stamtąd to już naprawdę dwa kroki, trzy kliknięcia do własnej strony, do bloga, do dziesięciu, a potem może dziesięciu tysięcy czytelników.

Joanna Nałęcz

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.