Wrześniowa historia

Mijałam szpital na Kościuszki, kiedy doznałam epifanii. Moją medytacją, moją praktyką duchową, o której mówiła astrolożka, jest mój rower. To dlatego tak uwielbiam jeździć na rowerze, bo przynosi mi to ulgę, bo wtedy nie myślę. I moja biedna, wykończona rozkminianiem śledziona, może wreszcie odpocząć. Zza zakrętu wyjechało niebieskie stare renault, a ja przycisnęłam pedały mocniej. Tym razem nawet nie słuchałam muzyki, zazwyczaj moje uszy były jej pełne, muzyka wypełniała mnie od szyi przez żebra, brzuch i kolana aż do stóp w tenisówkach i pedałowałam coraz szybciej, jechałam coraz bardziej po piracku, a Patii Smith, wokalista The National albo Bitamina ostatnio, śpiewali tak głośno, że nie miałam szansy usłyszeć samochodów dookoła. Tak, wiem, to jest niebezpieczne. Ale nie z tego powodu tym razem słuchawki zostały w torbie, po prostu chciałam pobyć sama ze sobą. Wyciszyć się właśnie i nie myśleć nic. I wtedy nagle odkryłam swoje medytacyjne halo.

Jechałam znów do chińskiej lekarki, tym razem już nie tylko wykończyłam sobie śledzionę, ale jeszcze przegrzałam serce. „Za dużo emocji, za dużo ognia” kręciła głową i wbijała szybko kolejne igły, w łydkę, stopę, koło małego palca. Chciało mi się płakać, ale nie powiedziałam nic, tylko zamknęłam oczy. Przypomniało mi się jak ktoś niedawno opowiadał o tym jak wskakuje do jeziora, a potem natychmiast musi wyjść, bo jednak jest za zimno. A ja przecież całe lato wchodziłam do jeziora bardzo powoli, czasami nawet zatrzymywałam się tuż przed mostkiem i patrzyłam na zieloną wodę, rozkoszowałam się jej chłodnym aksamitem długo zanim złożyłam ręce do żabki. I kilka razy zamoczyłam nogi i nie weszłam, bo nie było wystarczająco ciepło. I tylko raz wskoczyłam, jeden jedyny raz, a potem moją sukienkę porwał wiatr i myślałam, że będę musiała iść na golasa przez las, ale znalazła się dwadzieścia metrów dalej, w trawie przy brzegu. Wtedy jeszcze wydawało mi się, że wszystko jest proste.

[wrzesień 2018]