zycie

Gorączka

Wpisane dnia lut 21, 2019 w dziale zycie | 0 komentarzy

Kiedy zasypiałam na dachem mojego domu przeleciał helikopter. Nie wiedziałam, że w Indiach są helikoptery. Może to tylko gorączka? Amber wczoraj wyszła na plażę po haszyszu i widziała nudystów uprawiających jogę. Śniło mi się wszystko naraz, splecione końce świata w różnych zawiłościach. Anat wchodziła do rzeki, moja mama w dziwnym mieszkaniu za garażami wyznała mi, że ma kochanka, ja i mój brat szliśmy gdzieś daleko bulwarami nad Wisłą. Obudziłam się zlana gorączkowym potem i posłusznie wytarłam ręcznikiem. Żadnych prysznicy przy gorączce, chiński lekarz zawsze mi to powtarzał. Mówił mi jeszcze, żebym była bardziej Yin, jak elastyczna trawa po deszczu, żebym jeździła na łyżwach i że to nie ciastka, ale wyrzuty sumienia mi szkodzą. Ile lat już minęło odkąd przychodziłam do jego gabinetu w starym mieszkaniu na Salwatorze? 5? nie, chyba 7. Nie wiem, to było tak bardzo dawno temu i ja byłam wtedy tak bardzo inna, że właściwie się już nie liczy. Wyszłam na ganek, było już prawie ciemno i nietoperze zaczynały fruwać po moim ogrodzie. Te malutkie, moje ulubione. Pippistrello, najpiękniejsze słowo świata, moje miłosne zaklęcie. W wąskim pasku między daszkiem tarasu a bananowcami różowiło się niebo, w tym najpiękniejszym kolorze różowego złota, którego wcale nie wymyślili w applu, widocznie ktoś z nich był kiedyś w Indiach i patrzył na ocean.  Chudy piaskowy pies patrzył na mnie z wyrzutem. Zabiłam komara na udzie i pomyślałam, że naprawdę czas wejść do domu i tam zostać. Na jakiś czas, dłużej niż zwykle, pomóc sobie wyzdrowieć i czuć się dobrze pierwszy raz od dawna. Chciałam, żeby gorączka coś do mnie powiedziała, dała mi znak, sprawiła, żeby coś stało się chociaż trochę mniej mgliste. To był pierwszy wieczór od dawna, kiedy nie obejrzałam na plaży zachodu słońca i było i tak przykro, jakbym miała już nigdy go nie zobaczyć. Kilka najbliższych palm pochyliło się w moją stronę i powiedziało językiem rdzawej ziemi, że odpowiedzi nie ma. Żołądek skręcił mi się w ósemkę, w udo ugryzł mnie kolejny komar. Trzeba było już iść. [luty...

Read More

Na końcu świata znalazłam swój początek

Wpisane dnia sty 27, 2019 w dziale zycie | 0 komentarzy

Usłyszałam muzykę i tekst, melodię i słowa, wszystko naraz trafiło prosto do mojego środka i nie mogłam już przestać jej słyszeć. Przeleciał wielki motyl, a może to był tylko bardzo mały ptak, zaczęliśmy się oboje śmiać, spojrzałam na ciebie i już wiedziałam, że to koniec. „It’s finished” powtarzałam i patrzyłam ci w oczy, głaskałam cię po twarzy, tej pięknej twarzy, w której chciałabym utonąć i wiedziałam, że nie utonę, że to się nie stanie, że nigdy nie będę twoja, że nie pójdę za tobą gdziekolwiek, że zaraz wstanę, założę sweter i pójdę przed siebie, a ty będziesz po prostu kolejnym wspomnieniem. Wcale nie chciało mi się płakać, zaskakująco nie chciało mi się płakać, może dlatego, że wypłakałam już wszystko, wczoraj, dzień wcześniej, rok wcześniej, dwa lata wcześniej, całe życie wcześniej pozbyłam się już wszystkiego co związywało mój żołądek w supeł i nie pozwalało mi oddychać. Przybiegł piaskowy chudy pies, ten sam, co zawsze rano, tak samo jak zawsze spojrzał tęsknie w stronę w moich drzwi. Nie zmieniło się nic. Świat był taki sam, było tak samo gorąco, hałas tak samo dobiegał z ulicy. Słońce było już nisko i bezlitośnie pokazywało każdy śmieć w moim ogrodzie, a może raczej na moim podwórku, bo jak inaczej nazwać ten kawałek wypalonej ziemi z kępkami trawy po prawej stronie. Moje włosy pachniały ziołowym szamponem, schowałam w nie nos i oddychałam głęboko, jakbym chciała wypełnić się tym zapachem po pięty. Gęsia skórka obiegła moje plecy i uda, zrobiło się chłodno. Czułam w ustach smak kawy i chciałam więcej, gęstej mocnej kawy z Sycylii, jakiej tutaj nie ma. Nie szkodzi, mam siebie. Ja jestem i to się nie zmienia. Na końcu świata znalazłam swój początek. [styczeń...

Read More

Czy kiedyś już tu byłam?

Wpisane dnia lis 11, 2018 w dziale zycie | 0 komentarzy

Jaszczurka przebiegła mi drogę. Zdjęłam okulary, były tak porysowane, że nic nie widziałam, a to przedpołudnie wymagało widzenia, cokolwiek to znaczy. Powstrzymałam się, żeby znów się nie drapać, te cholerne moskity jakimś cudem pożarły mnie przez legginsy, naiwnie wierzyłam, że ubranie chroni. Nic już nie chroni, filtry UV to lipa, kryształy niezły biznes, nie istnieje tarcza antyrakietowa na serce. Wypiję sobie herbatkę z głogu, ktoś mi powiedział, że na gardło, chociaż na pudełku napisali inaczej, haha, na serce podobno. „Na twoje serce nic już ci nie pomoże Maleńka”. Ścisnęło mnie za mostkiem, ale szłam dalej, z każdym krokiem bliżej morza. Była wiosna jesienią, wszystko kwitło jak szalone, wreszcie mogło oddychać. Rozgniotłam tenisówką kolejną oliwkę, sezon się zbliżał. Czy jaszczurki jedzą oliwki? Nie wydaje mi się, ale to milsza fantazja niż świadomość, że jedzą robaki, tylko czemu nie zjadły wszystkich komarów, podrapałam się w nadgarstek.  Morze huczało tak głośno, że grupa ludzi mogłaby podejść za moimi plecami i nie usłyszałabym ani jednego szelestu. Czy ja już kiedyś tu byłam? W poprzednim wcieleniu byłam piratem, więc może tak, przycumowałam w tej zatoce żeby odpocząć po ostatnim rabunku i wrzucić na ruszt parę krewetek. Czy piraci jedli krewetki? Kupię sobie Mapy Mizielińskich, tam na pewno jest odpowiedź. Tak, trzeba czytać, dużo czytać, czytanie pomaga, wtedy zapominam o sobie. Na pierwszym miejscu mojej listy ratowania siebie jest czytanie. Całkiem niedawno zresztą to zrozumiałam, czemu ludzie czytają powieści i czemu ja przestałam na chwilę je czytać, błogosławiony okres bycia szczęśliwą. Co się stało, że się skończył? Nie wiem, chciałabym, żeby mnie ktoś prześwietlił i postawił mi diagnozę. Czy to dlatego, że nie mogę zapomnieć o tamtym lesie? Choćbym nie wiem jak się starała to nie mogę, stamtąd nie musiałabym już nigdzie jechać. I w nosie mam nabijanie się wszystkich, sugestie o projekcji, przeniesieniu i innych szajsach. Zakochałam się w tym lesie, jeziorze, ścieżkach i furtce na polanę i nawet byłabym gotowa spędzić tam zimę, największa deklaracja miłości, gdyby… Gdyby to było możliwe. A teraz muszę iść, ścierpły mi nogi od siedzenia na skale i jednak smutek szarpie za rękaw, jak bardzo wolałabym zamiast tego po prostu pobiec przez łąkę. [wrzesień...

Read More

Ostatni list z wakacji

Wpisane dnia paź 16, 2018 w dziale zycie | 0 komentarzy

Szaroróżowe niebo otulało mnie jak wata, jak piana w ciepłej wannie, jak świeża pościel na sznurze. Zanurzyłam w nim twarz. Rozciągało się przede mną, niby z okna, ale to nie miało znaczenia, bo wiedziałam, że jest na wyciągnięcie ręki, na odległość od serca do ust. Srebrny półksiężyc z każdą minutą stawał się coraz wyraźniejszy, od przeźroczystego cienia do świecącej obręczy. Było cicho. Wiedziałam, że to ostatni wieczór tego lata, że jutro będzie już zimno. Wiedziałam, że gdzieś jesteś i wciąż pachniesz tak samo. Zrobiłam kilka kroków, trawa była chłodna od rosy, ale czułam pod spodem nagrzaną słońcem ziemię. Wydawało mi się, że rosnę, z każdą mikrosekundą jestem coraz wyższa i smuklejsza, jakbym za długo przyglądała się sosnom dookoła. Moje ciało stało się jak miękka sprężyna, jak świeża gałąź na wiosnę. Odwróciłam się, a wtedy gwiazdy zaczęły spadać. Nawet nie po kolei, tylko wszystkie naraz, stałam pod prysznicem z gwiazd. Leciały jak szalone, ale na niebie ich wcale nie ubywało, wręcz przeciwnie, miałam wrażenie, że jest ich coraz więcej, na miejsce każdej, która spadła wyrosły dwie nowe. Zawiał wiatr, otuliłam się swetrem, uspokoiłam gęsią skórkę. A co, jeśli nie muszę już nigdzie iść? [październik...

Read More

Wrześniowa historia

Wpisane dnia wrz 28, 2018 w dziale zycie | 0 komentarzy

Mijałam szpital na Kościuszki, kiedy doznałam epifanii. Moją medytacją, moją praktyką duchową, o której mówiła astrolożka, jest mój rower. To dlatego tak uwielbiam jeździć na rowerze, bo przynosi mi to ulgę, bo wtedy nie myślę. I moja biedna, wykończona rozkminianiem śledziona, może wreszcie odpocząć. Zza zakrętu wyjechało niebieskie stare renault, a ja przycisnęłam pedały mocniej. Tym razem nawet nie słuchałam muzyki, zazwyczaj moje uszy były jej pełne, muzyka wypełniała mnie od szyi przez żebra, brzuch i kolana aż do stóp w tenisówkach i pedałowałam coraz szybciej, jechałam coraz bardziej po piracku, a Patii Smith, wokalista The National albo Bitamina ostatnio, śpiewali tak głośno, że nie miałam szansy usłyszeć samochodów dookoła. Tak, wiem, to jest niebezpieczne. Ale nie z tego powodu tym razem słuchawki zostały w torbie, po prostu chciałam pobyć sama ze sobą. Wyciszyć się właśnie i nie myśleć nic. I wtedy nagle odkryłam swoje medytacyjne halo. Jechałam znów do chińskiej lekarki, tym razem już nie tylko wykończyłam sobie śledzionę, ale jeszcze przegrzałam serce. „Za dużo emocji, za dużo ognia” kręciła głową i wbijała szybko kolejne igły, w łydkę, stopę, koło małego palca. Chciało mi się płakać, ale nie powiedziałam nic, tylko zamknęłam oczy. Przypomniało mi się jak ktoś niedawno opowiadał o tym jak wskakuje do jeziora, a potem natychmiast musi wyjść, bo jednak jest za zimno. A ja przecież całe lato wchodziłam do jeziora bardzo powoli, czasami nawet zatrzymywałam się tuż przed mostkiem i patrzyłam na zieloną wodę, rozkoszowałam się jej chłodnym aksamitem długo zanim złożyłam ręce do żabki. I kilka razy zamoczyłam nogi i nie weszłam, bo nie było wystarczająco ciepło. I tylko raz wskoczyłam, jeden jedyny raz, a potem moją sukienkę porwał wiatr i myślałam, że będę musiała iść na golasa przez las, ale znalazła się dwadzieścia metrów dalej, w trawie przy brzegu. Wtedy jeszcze wydawało mi się, że wszystko jest proste. [wrzesień...

Read More

Za zamkniętymi oczami

Wpisane dnia maj 30, 2018 w dziale zycie | 0 komentarzy

Chyba muszę się położyć, na chwilę zamknąć oczy, pulsujące źrenice. Mam wrażenie, że zaczynają się za nimi tunele pełne obrazów i myśli, jak w „Było sobie życie” wypełnione połączeniami lian, wypustkami na ścianach, tajemniczych przejść i korytarzy niknących w ciemnościach. Nikt nie wie gdzie prowadzą, ja nie wiem tym bardziej. Kawałek mnie biega po omacku, oddycham ciężko, nie wiem nic. Jakbym była na środku pustyni, może tej w Syrii, ale nie, to było zbyt dawno, Syria nie istnieje, słońce mnie oślepia, a przecież leżę w cieniu. Miliony sekund przewijają mi się przed zamkniętymi oczami, zamykam je jeszcze bardziej, ale to nic nie daje, tysiące minut biegną coraz szybciej, ktoś włączył przewijanie taśmy na podglądzie i wyszedł ze studia. Nie wiem która chwila dzieje się teraz, nie umiem zdecydować co jest teraźniejszością, kiedy żyję i kim jestem. Za zamkniętymi oczami toczy się świat, przyśpiesza i biegnie, w tym świecie zamykam oczy i znów pod powiekami otwiera się kolejna warstwa, gdzie wszystko dzieje się jeszcze szybciej. Nie umiem tego zatrzymać, nie mam klucza do studia, walę pięściami i nikt nie otwiera, zsuwam się po ścianie. [maj...

Read More