zycie

Najmniejszy plac świata

Wpisane dnia sie 28, 2017 w dziale zycie | 0 komentarzy

Wysiadam z autobusu, słonce pali moje ramiona. Muszę zmrużyć oczy, żeby zobaczyć cokolwiek. Malutkie miasteczko na szczycie góry zaczyna się mostem, właściwie wiaduktem, bo pod nim rozciąga się biedna dzielnica. Z wysoka widzę mecz, brudne dzieciaki przeciwko brudniejszym. Wąskie uliczki prowadzą mnie w górę, stawiam ostrożnie stopy na nierównych kamieniach, karmelowa skóra wygląda na prawie czarną na białym tle. Wspinam się i mijam wiele drzwi tak małych, że musiałabym się schylić, żeby wejść do ciemnego wnętrza jak brzuch wieloryba, skąd docierają do mnie strzępki rozmów i zapachów. Stare daczie i fiaty ocierają się o mnie, wciskam się w zimny mur i zastanawiam jak to możliwe, że słońce go ominęło, i jak mieszka się w miejscu gdzie ulica jest szerokości małego samochodu. W nagrodę czeka na mnie najmniejszy na świecie plac z kościołem. Ma nieregularny kształt, na siłę można by go nazwać rombem. Naprzeciwko kościoła jest bar, a obok piekarnia, po dwóch stronach małe kamienice. Ławka i pojedynczy klomb na środku. Tyle. Kamieniczki maja zamknięte okiennice, ale ewidentnie ktoś w nich mieszka, tylko po obiedzie wszyscy śpią, bo co innego można robić w taki upał? Nie dzieje się nic i dzieje się wszystko. Jak w śnie, kiedy w zwolnionym tempie uciekasz przed czymś co właściwie nie istnieje. Siadam przy zacienionym markizą w błękitne paski stoliku i proszę o kawę i ciastko. Lokalne, najlepsze. Dostaję jeszcze ciepłe, niewiarygodnie kruche na zewnątrz i miękkie w środku, z rozpływającym się w ustach śmietankowym kremem. Sprawdzam, czy nikt na mnie nie patrzy i wylizuję talerzyk. Zjadłabym drugie, ale możne nie wypada. Pod bar podjeżdżają samochody, jeden po drugim, bo na placu jest tylko jedno miejsce parkingowe. Może mieszkańcy mają ustaloną kolejność wpadania na kawę przy kontuarze i rozmowę z kelnerem? Z piekarni wychodzi brzuchaty wąsacz i niesie pełną blachę upudrowanych pachnących ciastek. Mruga do mnie okiem i znika w drzwiach baru. Słońce przesunęło się za kościelną wieżę i teraz moje nogi i kawałek notesu są w słońcu. Wyskrobuję łyżeczką resztkę kawy i myślę, że życie jest pełne niespodzianek. [lato...

Read More

Morze

Wpisane dnia sie 28, 2017 w dziale zycie | 0 komentarzy

Nie ma nic. Jestem tylko ja, nagrzane skały i morze. Właściwie jest wszystko. Patrzę na wzorki na moim ramieniu, kapelusz rzuca cień jak tatuaż. Kocham morze. Nikt nie nauczył mnie pływać krytą żabką. Zanurzyć głowę, być pod wodą w całości, w ciemności, bez kontroli – to było straszne. W śmingus dyngus była zasada – nie po twarzy! W wannie zanurzałam całą głowę, po ostatnie cebulki włosów na czole, łącznie z brodą, ustami, ale oczy i nos musiały wystawać, zawsze. Dwa lata temu tak bardzo chciałam zanurkować głową w fale, ocean ciągnął mnie za nogi, w siebie, głębiej, bardziej. A ja uciekałam, bawiłam się, pływałam, dawałam nawet ponosić się falom. Ale bez zanurzania głowy. Rok temu Luigi uczył mnie nurkować. Dal mi maskę i pokazywał jak zanurzyć głowę w dół, „jakbyś robiła skłon”. Nauczyłam się. Pływałam z zanurzoną głową, kilka centymetrów pod powierzchnią wody, czasami nawet dwadzieścia. Chciałam popłynąć za nim, na dno, zbierać muszle, ale nie umiałam. Morze nie chciało mnie wpuścić, machałam rękami, z całych sił chciałam wpłynąć głębiej. Nie dało się. A teraz jestem sam na sam z morzem. Kocham je od dawna, zdawało mi się, że miłością nieodwzajemnioną, ewentualnie łaskawie przyjętą. Patrzę na moje morze. Jego wysokość granatowość. Wsuwam stopy w przezroczystą zieloność i ogarnia mnie błogość. Jeszcze tylko jeden ruch i jestem w nim. Cała. Zanurzam głowę i patrzę na rośliny, ryby, skrzące się na dnie kamienie. Płynę przed siebie i kiedy wiem, że jest głęboko, biorę głębszy wdech i wskakuję w sam środek morza. Nie muszę się starać, machać rękami, wdzierać się w morze. Płynę i jestem, głęboko, kilka metrów pod wodą. Cisza o której opowiadają jest prawdą. Jestem tylko ja i morze. Kiedy czuję, że kończy mi się powietrze w płucach, relaksuję zupełnie ciało, a morze zabiera mnie w górę. Otula miękkością i wypycha. Powiedziałam do Luigiego: „to jak ciepła miękka winda”. Nie spodziewałam się tego uczucia. Jest zaskakujące, a potem chcę więcej i więcej. Bo to tak jakby morze mnie przytulało, jakby mówiło mi łagodnym głosem „Ja tez cie kocham”. [lato...

Read More

Jego wysokość granatowość

Wpisane dnia sie 28, 2017 w dziale zycie | 0 komentarzy

Na końcu kraju spotykają się dwa morza. Wyobrażałam sobie dwa stworzenia, dwie masy wody, które stają oko w oko. Zielona ściana naprzeciwko niebieskiej. Chłodniejsza w twarz z ciepłą. Zaplatają się w siebie jak palce dłoni, jak ja uwielbiam zaplątywać się w ciebie. Do horyzontu rozciąga się nieskończona przestrzeń. Choć wiem, że po jednej stronie rzut beretem jest do Albanii, a po drugiej znacznie bliżej niż mój chwilowy dom jest Grecja, to morze wydaje się nieskończone. Jego wysokość granatowość. „Najpiękniejsze rzeczy są za darmo” pomyślałam patrząc na pomarańczową żarzącą się kulę, która na horyzoncie nurkowała w miasto. Biała kościelna wieża wbija się w sam środek ognia. Wyżej ciągnęły się paski różnokolorowej waty cukrowej, a ponad nimi wielkie chmury jak pióropusz. Zrobiłam kilka kroków i fala zalała moje stopy. Jeszcze kilka i poczułam wodę na łydkach. Zanurzyłam się w zieloną przeźroczystość. Morze unosiło mnie łagodnie, objęło nogi, biodra i plecy, wpuściło do siebie moje ramiona. Płynęłam w stronę słońca. Woda była niespodziewanie ciepła i tak przejrzysta, że widziałam dalekie, ciemnozielone dno z połyskującymi muszlami. Płynęłam powoli coraz dalej. Nie oglądałam się za siebie. Byłam sama. Osobna. Wiedziałam, że będę chciała opowiedzieć ci o morzu, o tej chwili, kiedy miałam gęsią skórkę, chociaż wypełniał mnie spokój i wiedziałam, że nie znajdę słów. Otworzę usta parę razy, a ty pogłaszczesz mnie po karku i spojrzysz ciepłym, zachęcającym wzrokiem pełnym miłości, ale nie powiem nic. Wtulę głowę w twoją szyję i ramię, zamknę oczy i opowiem wszystko twojej skórze. [lato...

Read More

Dwie historie z daleka

Wpisane dnia sie 28, 2017 w dziale zycie | 0 komentarzy

Gubię się w wielkim mieście. Udaję, że nie mam mapy, zgniotłam ją na dnie torby. Na wpół oswojone miasto, które nigdy nie będzie moje, z każdym naciśnięciem pedała staje się mniejsze. Z wielkiego miasta zmienia się w większy Kraków. Trzy okręgi, 15 minut do serca czyli placu z katedrą. Niezliczona ilość zaułków napchanych skuterami i rowerami robi wszystko, żeby mnie zmylić i zmusić do wyciągnięcia mapy, ale trzymam się dzielnie. Patrzę na kobiety, są piękne. Jakby to było być stąd? Mieć karmelową skórę i zielone oczy? Kilka kostiumów droższych od mojego czynszu za parę miesięcy. Pewność siebie i brak narodowych kompleksów. W kraju gdzie nie istnieje alergia na gluten i nikt nie je śniadań, a ja jajecznica jest tylko dla alpinistów i Niemców na wakacjach. Wystarczy skręcić z utartych szlaków, pójść do następnej dzielnicy i przestaję być inna. Moja inność staje się zwykła, ginie w tysiącach innych inności. Żaden kolor skóry ani włosów nie jest dziwny. Możesz być kim chcesz. Jeść wszystko. Myśleć dowolnie i kochać jak ci się podoba. Przypinam rower w tłumie innych i znikam w bramie. Jestem sobą. *** Odpoczywam między językami. Duży biały dom na środku wypalonej słońcem połaci trawy z kilkoma aloesami daje zaskakująco dużo chłodnego cienia. Drzewa oliwkowe chorują, nikt nie wie dlaczego, a na moje uporczywe pytania czy na pewno nie da się ich wyleczyć wszyscy odpowiadają wzruszeniem ramion. Zamykam oczy, a w głowie brzęczy mi jej głos. – Opowiedz mi swoją historię – przesypywała piasek między palcami, ale patrzyła na mnie. Prosto w moje lewe oko. Kiedy patrzysz w lewe oko, możesz komuś zajrzeć do duszy, mówią. „Wiem co robisz i nie wiem czy mi się to podoba”, uśmiechnęłam się i nasunęłam kapelusz głębiej na twarz. – Nie wiem gdzie miałabym zacząć. – Tam gdzie zaczynasz się ty. [lato...

Read More

Laura, Antonio i Game of Life

Wpisane dnia sie 28, 2017 w dziale zycie | 0 komentarzy

W sycylijskim in the middle of nowhere poznałam Laurę. Nie wiem co tu robi ani dlaczego pracuje dla Antonio. Rumuńska dziewczyna o pochmurnej twarzy, która robi sie zaskakująco piękna kiedy się uśmiecha i ja rozmawiamy przy pralce. Siedzę na krawężniku i patrzę jak zgrabnymi ruchami składa poszewki. – It’s all about knowing what is really important, you know W bębnie tłoczą się poduszki z krzeseł dla gości, a Laura opowiada o następnym poziomie w grze „życie”. – You have to kill the monkey to go to the next level, otherwise you are staying on the same level doing the same things and fighting with the same borders all the time. Nie wiem, czy w jej oczach odbija się światło od błyszczących liści hibiskusa, czy chce jej się płakać. Zaglądam jej w twarz i myślę „wiem, Laura, właśnie zabijam małpę”. Wieczorem nagle wysiada prąd. Zastygam nad notesem i słucham jak Antonio się wścieka po włosku. Laura wpada do salonu, jest w połowie depilowania sobie rąk woskiem na gorąco i potrzebuje natychmiast światła! Sięgam po najlepszą na świecie śliwkę, rozkoszuję się jej zapachem i nie próbuję rozumieć. Wolę być w środku. *** Najśmieszniejsze jest to, że parę dni później podczas porządkowania schowka na wszystko znalazłyśmy stos gier planszowych. Wystawiałam na trawę po kolei połamane leżaki, hulajnogę, słoiki z marmoladą cytrynową, butelki wina i limoncello, zakurzone koce, bo przecież na nie za gorąco, połamane kafelki „może jeszcze się przydadzą”, koty włażące mi pod nogi, kiedy nagle zobaczyłam gry i na samym spodzie płaskie pudełko z napisem „Game of life”. – Wiedziałaś? – zaczełam wygrzebywać grę, a Laura zrobiła wielkie oczy i pokręciła głową. Antonio nie chciał grać, powiedział, że na life to on już jest za stary, ale przyszedł do nas z cygarem i ciasteczkami i patrzył jak wygrywam w turnieju tenisowym i wyścigach konnych, a Laura dostaje nagrodę Nobla, ale po rozwodzie musi oddać całą fortunę i jeszcze wykupić wujka z więzienia. Nie chciało nam się czytać instrukcji i grałyśmy w wersję uproszczoną i kiedy sprzątałam pionki Laura powiedziała „You know, it’s really like in life, if you don’t know the rules, you’re playing the poor version”. Rano jak zawsze Antonio przyniósł mi kawę, a ja podlałam nią rozmaryn kiedy się odwrócił. Mój żołądek mówi wielkie nie dla diabelnie mocnego espresso o 7.30, 8 minut po obudzeniu. I ileż można jeść na śniadanie ciastka? Raz przemyciłam kanapkę z pomidorem, kosztowała mnie spojrzenie pełne pogardy „i co, może chcesz jeszcze fasolę na ciepło?”. A potem Laura rzuciła znad prasowania „Why don’t you stay all summer?”, a ja popatrzyłam w stronę morza. [lato...

Read More

Sierpień

Wpisane dnia sie 24, 2017 w dziale zycie | 0 komentarzy

Odsunęłam klapę i weszłam na dach. Miasto dyszało upałem. Nie mogło być bardziej gorąco. Tory tramwajowe wyginały się i pękały, chodniki parzyły, koty chowały się w piwnicach. Wcześniej tego wieczoru jechałam na rowerze i obiecywałam sobie, że za następne 5 minut skręcę w stronę domu. Nie mogłam przestać być, jechać przed siebie, czuć jak asfalt oddaje ciepło, a park bardzo wolno zaczyna oddychać. Nie mogłam przestać chcieć więcej, coś mnie wołało i nie pozwalało się zatrzymać. Jeszcze pół godziny i z łąki przypłynie cienki dywan chłodu. Byłam zakochana w lecie. Zawładnęło moją głową i sercem, spoconym karkiem i wilgotnością pod kolanami, włosami skręconymi w loki od upału i smakiem porzeczek na języku. Nie chciałam go puścić, chciałam więcej i więcej, nie mogłam się nasycić, mimo że było takie gorące. Chciałam mieć lato w sobie na zawsze. Spojrzałam w górę, w rozgwieżdżone sierpniowe niebo, podobno gwiazd nie widać w mieście, ale tym razem to była bujda. Może tylko ja je widziałam, może te kilka pięter robiło taką różnicę, a może świeciły tylko dla mnie. Czasami jest tak, że widzę coś, czego nie widzi nikt inny i wtedy wiem, że to kosmos puszcza do mnie oko. Nie było wiatru, powietrze stało w miejscu, drgało tylko z każdym przejeżdżającym tramwajem, ale wiedziałam, że ten był ostatni, za późno już na tramwaje. Na wiele rzeczy było już za późno, ale nie dbałam o to, bo przecież i tak zrobiłam za dużo, o jeden gest za daleko. Nie miałam już powrotu, klapa zatrzaśnięta, światła pogaszone, to był bilet w jedną stronę, inne zresztą nigdy mnie nie interesowały. Zamknęłam oczy. [lato...

Read More