Piątkowy wieczór - Maria Kula

Piątkowy wieczór

Johanna wcisnęła guzik domofonu po raz trzeci. Skurczyła lewą brew w wysiłku niepokazywania zniecierpliwienia i uśmiechnęła się do mnie ciepło. Po kilku sekundach zardzewiały płaski głośnik na ścianie zapiszczał i Johanna podskoczyła.

– It’s me, Johanna! 

Ściana wydała z siebie jeszcze kilka jęków i zgrzytów, aż w końcu zamek w ciężkich drzwiach kliknął i popchnęłyśmy je razem. Ruszyła szybko, więc musiałam raźno przebierać nogami, żeby nadążyć. Ciemna brama z sylwetkami wózków dla dzieci i rowerów, zakrzaczone podwórko i kilka drzwi do klatek, kolejna brama, kolejne podwórko, ładniejsze, przystrzyżony żywopłot i znowu drzwi, tym razem małe, w jasnym drewnie. I znowu domofon, tym razem poszło szybciej, jeszcze prawie biegiem dwa piętra w górę po wąskiej klatce z wytartą wykładziną i kwadratowym oknem na każdym półpiętrze i wreszcie uchylone drzwi. 

Szafa w przedpokoju była tak duża, że przejście miało mniej niż pół metra. Za nim migotało żółto-czerwone światło i muzyka. Zostawiłam płaszcz i szalik na wyładowanym wieszaku cudem wciśniętym za drzwi wejściowe i po trzech krokach stanęłam na wprost sporego łóżka, a raczej królującej na nim pluszowej bordowej kapy i sterty poduszek. Odetchnęłam głębiej, Johanna siedziała już w kącie kanapy wypełniającej ścianę między łóżkiem a otwartym oknem, w którym stał mały, chudy chłopak z burzą ciemnych loków a’la wczesna Madonna i palił papierosa. 

– Hi! Johanna told me so much about you! – uśmiechnął się szeroko, a ja trochę się speszyłam, bo co niby mogła mu opowiadać?

Szybko wcisnęłam się w drugi kąt kanapy i natychmiast zaczęłam robić to, co często dla mnie jest najprostsze: zadawać pytania. W ciągu dziesięciu minut dowiedziałam się, że  Psyjet ma dwadzieścia siedem lat, jest z Hyderabad (tak samo jak jeden z moich najbardziej kosmicznych przyjaciół, Shash, o którym opowiem Ci innym razem) i właśnie kończy pierwszy rok w szkole filmowej w Berlinie, bardzo mu się tu podoba, chce robić dokumenty, ale niestety w szkole cisną na fabułę, jutro wystawia się na targu z ciuchami, które projektuje i grzybami, które sam uprawia, suszy i przemienia w niesamowite medyczne mikstury i chciałby się teraz spakować, żeby jutro się nie stresować i móc spać dłużej, być może nawet do 14, bo ostatnio chodzi spać bardzo późno. Jest też bardzo głodny, bo nie jadł śniadania i czasami tak się zdarza, że jest na tyle w coś wciągnięty, że zapomina o bożym świecie. Też byłam głodna. 

– This pot is good for pasta? – Johanna wyjrzała z kuchni ze sporym garnkiem. 

– Yes, I use this one – Psyjet przytaknął i ruszył za nią – I’ll show you where are lids. 

Oparłam się głębiej i rozprostowałam nogi. Było dobrze, czułam się już zrelaksowana, mogłam przestać zadawać setki pytań i się rozejrzeć. Gigantyczny Ganesha patrzył na mnie z czarno-białej tkaniny na krótszej ścianie za łóżkiem, można takie kupić za grosze za każdym rogu na Goa. 

– Alexa, turn on salt lamps – Johanna wskoczyła znów na kanapę, a pokój wypełniło ciepłe różowe światło. 

– How did you do it?! 

– It’s Alexa, you know something like secretary. I don’t really like her, but she is useful – Psyjet też wrócił i dalej metodycznie pakował rzeczy do dużej walizki zajmującej całą przestrzeń między prostokątnym stolikiem przed kanapą a łóżkiem. Ściana za nim załadowana była biurkiem ze sporym monitorem i małymi szafkami po dwóch stronach, na prawej, przy drzwiach do pokoju piętrzyło się milion drobiazgów, Alexa i lampa solna, a na lewej, przy wejściu do kuchni, druga lampa i drukarka. 

– … yeah, I stared to watch it few times, but never continued… – wróciiłam do rzeczywistości i zorientowałam się, że rozmawiają o serialu “Gra o tron”. – It’s not that I didn’t like it, I don’t know why, I guess I do too many things at the same time, I’m interested in too many topics and in the end I quickly change them and I don’t go deeply into anything. 

Teraz to ja podskoczyłam, bo to brzmiało bardzo znajomo. 

– I nie jesteś sfrustrowany?!

Psyjet popatrzył na mnie badawczo, chyba chciał się upewnić, dlaczego pytam, więc szybko wyjaśniłam. 

– Doświadczam tego samego, robię bardzo dużo różnych rzeczy, ale ciagle między nimi skaczę i tak mnie to frustruje, że czasami nie wiem za co się zabrać i finalnie nie robię nic. A ty mówisz o tym z takim luzem, że ogromnie mnie to zaciekawiło, bo brzmi, jakbyś się tym szczególnie nie przejmował. 

Rozluźnił się znowu, sięgnął po nożyczki i siadł na dywanie.

– No wiesz, czasami się przejmuję, ale chyba się już nauczyłem, że to po prostu część procesu, taka faza – metodycznie wycinał okrągłe naklejki z logo, pewnie na słoiczki z proszkiem z grzybów. – wiem, że ona minie. 

Moje myśli biegały jak szalone. 

– To, co mówisz, otwiera mi zupełnie inną perspektywę, bo ja się ciągle oceniam, że za mało robię, że niczego nie kończę, że mam rozgrzebane masę projektów… 

– No ale czemu się oceniasz? 

Zastanowiłam się: czemu właściwie się oceniam? Odgarnęłam włosy moim nawykowym gestem. 

– Bo mam poczucie, że powinnam robić coś konkretnego, coś skończyć, na przykład od dawna piszę dwie książki, ale w tak żółwim tempie, że nie wiem, czy kiedykolwiek skończę no i mam codziennie dziesięć nowych pomysłów…

– Ja tak samo, czasami nawet z pięćdziesiąt – roześmiał się Psyjet, wstał i zapalił papierosa. – Ale wiesz – wydmuchnął dym – jest mnóstwo niesamowitych artystów, którzy pracowali nad jednym projektem z dziesięć lat, a potem stali się bardzo sławni i są znani z tego jednego projektu. I setki razy tyle takich, którzy nie stali się sławni, ale zrobili i robią niesamowitą sztukę. Poza tym, z tego co mówiła Johanna, to ty zrobiłaś już całkiem sporo rzeczy.

– Ja? Nie… – zrobiło mi się głupio – trochę maluję, napisałam dwie książki, ale wiesz…

– No i masz chyba bardzo twórczą pracę? – przysiadł na parapecie. 

– No tak. – pociągnęłam nogi pod siebie. 

– No to dziewczyno, weź się wyluzuj. Ta ocena, która Cię ściga, to presja społeczna. Nie musisz się jej poddawać, przecież nie chcesz żyć w systemie produkowania, dostarczania i tak dalej, przecież tak nie żyjesz. 

– Ja to czuję za każdym razem, kiedy przyjeżdżam do Europy – ciepły głos Johanny zawibrował między nami, popatrzyłam w jej lśniące błękitne oczy – kiedy jestem w Indiach, to w ogóle się nie oceniam, że za mało robię, czy moje życie jest nie takie, jak powinno być, a kiedy ląduję tutaj… od razu czuję presję, że powinnam więcej robić i to z sukcesem.

– No właśnie, o tym mówię. A jeszcze dodatkowo jest część procesu twórczego, przecież sama już na pewno wiesz, że twórczość wydarza się w fazach i na pewno masz takie, kiedy robisz bardzo dużo i pracujesz bardzo intensywnie. – otworzył okno i zgasił papierosa w popielniczce na zewnątrz. 

– Oczywiście, że tak – uśmiechnęłam się na wspomnienie moich pięciodniowych niesamowitych randek ze sobą. 

Psyjet mówił dalej o tym, co dla niego oznacza bycie artystą. A ja słuchałam, zapatrzona w jego drobną postać, czarne spodnie i golf i czerwony rozpinany sweter w trupie czaszki. Naprawdę wyglądał jak Madonna.