Archiwa Czytelnia - Strona 4 z 14 - Maria Kula

Gdzie jest Twój Robert?

Patti Smith przeprowadziła się do Nowego Jorku w 67 roku. Zaraz potem poznała Roberta Mapplethorpe’a, i od tego momentu byli nierozłączni. Widywano ich zawsze razem, rozczochranych, obwieszonych ręcznie robionymi amuletami, drżących nowymi pomysłami, świecących miłością albo aktualną kłótnią. Wkrótce potem ich kariery artystyczne wybuchły. Tak jakby Patti, poetką, pisarka, gwiazda rocka, piosenkarka musiała najpierw spotkać Roberta, a Robert, jeden z najbardziej znanych i kontrowersyjnych fotografów XX wieku musiał spotkać Patti. Nie mogli bez siebie tworzyć, mimo że każde z nich robiło swoje. Kłócili się, kochali, schodzili i rozchodzili, byli kochankami i przez jakiś czas parą, ale przede wszystkim byli najlepszymi przyjaciółmi. Patti Smith byłaby inną Patti, jej muzyka i poezja byłyby inne bez Roberta. Robert byłby bez niej innymi fotografem, może nigdy tak znanym.* 

John Lenon i Yoko Ono**. Jeśli nie znasz ich wspólnej sztuki, to po prostu ją odkryj, zazdroszczę Cię, że ta podróż na nieziemską planetę jest jeszcze przed tobą. 

Michel Faber, którzy przestał pisać po śmierci swojej żony, bo bez niej nie umie pisać. 

Mogłabym wymieniać jeszcze długo. Myślę, że znaczna większość artystów potrzebuje kogoś, do wymiany myśli, pomysłów, wsparcia, do wspólnego wymyślania, do możliwości dzielenia się twórczością. Bardzo trudno jest być zawsze samemu i tworzyć, nie mieć z kim o tym pogadać, nie mieć nikogo, kto byłby inspiracją. Wiem, że znalezienie takiej osoby może być trudne. Nie każdy ma takiego farta jak Patti i Robert, którzy wpadli na siebie w księgarni, gdzie Patti zaczęła pracować. Ale możesz świadomie poszukać dla siebie artystycznego partnera i bardzo bardzo Cię do tego zachęcam, bo przygoda, która czeka na was oboje może być nieporównywalnie ciekawsza niż Twoja w pojedynkę. 

A Patti i Robert to jedni z wielu bardzo fascynujących artystów, o których opowiadam w programie „Wszystkie Twoje notesy”.

WSZYSTKO O KSIĄŻKACH

Czytanie jest dla mnie jak sen, jak jedzenie, dobre spotkanie z przyjaciółmi – niesamowicie karmiące, otwierające mi klapki w głowie, dające radość i zwykłą rozrywkę. Uwielbiam czytać i jestem przyzwyczajona do tego, że czytam w każdej wolnej chwili, po prostu mam ze sobą książkę, więc w tej chwili, kiedy wiele osób sięga po telefon, w tramwaju, kiedy czekamy, przy samotnym posiłku, kiedy po prostu kładę się na chwilę na kanapie, wtedy zamykam oczy i odpoczywam albo czytam właśnie. Książka zamiast smartfona!

No dobra, dość ględzenia, teraz o tym co ostatnio trafiło w moje ręce. Będzie długo, uprzedzam, ale mam nadzieję, że masz czas, w końcu trwa świąteczna przerwa!

Hesse „Siddharta”. Od razu mówię, ża nie spodoba się każdemu. Raz, że temat: życie i wędrówka Hindusa, który w poszukiwaniu duchowego oświecenia przemierza Indie, nie dla każdego jest pociągający, dwa, że to stara książka (wydana w 1922 roku, Hesse był w Indiach w 1911), co bardzo czuć w języku i może być męczące w czytaniu. Tylko dla fanów staroci, zainteresowanych rozwojem duchowym, ale mających cierpliwość do wyłuskiwania przekazu z powieści. Tak, bo to powieść wbrew pozorom, z racji archaicznego stylu czyta się trochę jak przypowieść. Słyszałam o tej książce wiele, ale wcale nie uważam, że jest jakaś mega niesamowita. Kilka razy ją odkładałam i niespecjalnie chciało mi się do niej wracać, wyobrażam sobie, że wiele osób przez nią nie przebrnie. Może przeczytałam ją trochę za późno, może pięć lat temu to by było dla mnie coś więcej. I zaraz piorun mnie trzaśnie za takie słowa o Hesse!

Agnieszka Maciąg „Rozmaryn i róże” i „Pełnia życia”. Tak, to nie przypadek i specjalnie piszę o Agnieszce Maciąg zaraz po „Siddharcie”, żeby Ci pokazać jak niesamowicie różne rzeczy można czytać. W jakimś sensie (teraz mnie trzaska piorun numer dwa), Maciąg i Hesse piszą dokładnie o tym samym. O tym jak odnaleźć pełnię, jak czuć spokój, jak znaleźć (w sobie) miłość i szczęście. Mogliby sobie pogadać przy masala chai, czyli indyjskiej herbatce z przyprawami o rozwoju duchowym i zdrowym życiu. Książki Agnieszki są oczywiście bardzo współczesne, ale nadal są dla poszukiwaczy. Choć Agnieszka pisze o ważnych sprawach w tak miękki sposób, że myślę, że przekonałaby nawet najbardziej zatwardziałego górnika z Zagłębia, żeby porzucił schabowego na rzecz wegańskiej potrawki i rano puścił sobie mantry. „Rozmaryn i róże” to opowieść o wakacyjnej podróży na południe Europy, a „Pełnia życia” osobista historia drogi życiowej autorki, ale treści są podobne: masa małych elementów o codzienności Agnieszki, a tym samym wskazówek jak sprawić, żeby życie było przyjemniejsze, spokojniejsze i pełniejsze. Obie połknęłam w dwa kolejne popołudnia. Jeśli czyta się je w papierze to mają jeszcze zaletę estetyczną – ładnie wydane, z bardzo pięknymi zdjęciami. 

Marta Abramowicz „Zakonnice odchodzą po cichu”. Teraz z grubej rury, bo to gruby temat. Reportaż o kobietach, które odeszły z zakonu. Można by się czepiać konstrukcji i trochę niedociągnięć redaktorskich, ale nie warto, bo treści poruszane przez Abramowicz są po prostu zbyt ważne na czepialstwo. Przez dobry tydzień chodziłam pod ogromnym wrażeniem tego reportażu opowiadając każdej napotkanej osobie „a wiesz, że….”, bo to opowieść o świecie, o którym większość z nas nie ma zielonego pojęcia. Otwiera klapki w mózgu i oczy na świat. 

Weronika Gogola „Po trochu”. Powieść o dzieciństwie na wsi, bardzo zgrabnie napisana, wciągająca, z bardzo współczesnym językiem, mimo że tematy retro, co jest ciekawym połączeniem. Zdaje się, że teraz jest moda na książki o tej tematyce, czytałam Annę Cieplak, trochę podobna, ale Gogola jest znacznie bardziej nostalgiczna i chyba lepiej napisana. Ciekawe, warto, tym bardziej, że fajnie jest wspierać polskie debiuty!

Wojciech Jagielski „Na wschód od zachodu”. Powiem tak: nie będę obiektywna, bo uwielbiam Jagielskiego. Szczególnie odkąd porzucił życie korespondenta PAP-u i zaczął pisać bardziej literacko. Do tej książki mam osobisty stosunek i dlatego przeczytałam ją drugi raz, z taką samą przyjemnością jak pierwszy. Bardzo wciągająca opowieść o Indiach i kilku osobach, które postanowiły zostać tu na zawsze. Prawdziwe historie, miejsca, wydarzenia opowiedziane w pięknej literackiej formie. Uwielbiam całość, ale początek, pierwszy akapit mogłabym czytać setki razy. 

Elizabeth Strout „To, co możliwe” i „Trwaj przy mnie”. Mam nadzieję, że Elizabeth Strout nie trzeba Ci przedstawiać. W ciągu ostatnich paru lat było o niej głośno, dostała parę nagród, a jej powieści to po prostu kawał dobrego pisania. Wszystkie łączy miejsce akcji i historie „zwykłych ludzi w małych miasteczkach”. Ja mogę czytać Strout zawsze i wszędzie, choć nie wszystkie powieści podobają mi się tak samo. Z dwóch, które przeczytałam ostatnio, wrażenie zrobiła na mnie (i tym samym stała się moją ulubioną wśród książek pisarki), „Trwaj przy mnie”, której nie chciałam odłożyć ani na moment i jednocześnie rozkoszowałam się każdym zdaniem. To rzadkie połączenie, więc jeśli masz ochotę przeczytać dobrą obyczajową powieść, to koniecznie po nią sięgnij. „To, co możliwe” też jest dobre, ale już bez szalu. Ach i od Strout na pewno można uczyć się pisania, mam na myśli, że jej książki świetnie się nadają do czytania analitycznego. 

Brene Brown „Dary niedoskonałości”. Wiem, że wszyscy uwielbiają Brene Brown. Od dawna chciałam coś jej przeczytać, może sięgnęłam po nie najlepszą książkę? Nie wiem, ale rozczarowałam się. Kilka ciekawych tez, zaznaczyłam sobie może dwa fragmenty, a oprócz tego skończyłam z ulgą. Ot, zwykły poradnik jak sobie radzić samemu ze sobą. Jeśli lubisz i czujesz, że potrzebujesz, może to coś dla Ciebie, w przeciwnym razie wybierz coś innego. A jeśli czytałaś/łeś inne książki Brown i chcesz mi coś polecić, to chętnie się dowiem. 

Szczepan Twardoch „Królestwo”. Zaczynam już czwarty raz opis tej książki i nie wiem co napisać. Pozwól mi po prostu zanotować parę słów, bo w przypadku tej powieści troszkę odbiera mi mowę. Literatura pełną gębą. Mało kto w Polsce pisze teraz naprawdę literaturę. Powieść, której nie da się zapomnieć. Mistrzostwo konstrukcji i języka. Każdy element jest na swoim miejscu. Bardzo trudny temat, więc czytasz i wbija Cię w ziemię, ale jednocześnie czytasz i nie możesz przestać, bo to jest tak niesamowicie dobrze zrobione. Marzę o chwili, kiedy zamiast masy staroci o wojnie w szkole będziemy czytać Twardocha. Nigdy tyle nie dowiedziałam się o tym jak wyglądał świat, Warszawa tuż po wojnie i w trakcie. Jeśli „Królestwo” nie wejdzie do kanonu lektur, to przysięgam, zostanę ministrem, żeby to zmienić. 

George Saunders „Lincoln w Bardo”. Wszyscy się zachwycali, krytycy piali z zachwytów, jesienią był niesamowity boom na tą powieść i jeśli o niej nie słyszałeś/łaś to nie wiem czy gratulować Ci izolacji od mediów czy martwić się, że nie wiesz co piszczy na książkowym rynku. No właśnie… ja wcale nie piszczałam, a jeśli, to na pewno nie z zachwytu, może trochę popiskiwałam z rozczarowania. Bo mi się nie podobało. Bach, piorun numer cztery leci w moją stronę! Dziś zginę. Przeczytałam połowę, zmuszając się. Dla mnie to zdecydowanie przerost formy nad treścią. Coś w stylu „co by tu wykombinować, żeby było bardzo oryginalnie”. No i jest oryginalnie, tylko co z tego, skoro dla mnie nudno. Nic mi ta powieść (czy dramat? czy poemat? nikt nie wiem, wszyscy piszczą, że to takie przekraczanie gatunków) nie dała, ani chwili emocji, ani momentu przyjemności, wzruszenia, śmiechu, żadnej wiedzy. Dla mnie to wydmuszka. 

Laetitia Colombani „Warkocz”. Fajne czytadło na popołudnie. Krótka powieść, a właściwie trzy dłuższe opowiadania splecione ze sobą delikatnie jednym motywem – warkocza. Trochę jak Ferrannte, bo w czasie teraźniejszym i bardzo skupione na plastycznej akcji. Dobrze zrobione, gładkie i poruszające opowieści o trzech kobietach, które znajdują w sobie siłę, żeby przezwyciężyć trudności. Takie trochę girl power w wersji soft. Kto lubi obyczajówki – czytajcie!

Don Miguel Ruiz „Cztery umowy”. No i hit na koniec, choć wcale nie literacki i wcale nie nadający się do uczenia pisania. Jeśli ktoś by szukał książki rozwojowej i chciałby przeczytać jedną, to zdecydowanie wskazałabym ten tytuł. Krótki poradnik o czterech zasadach do stosowania w życiu, stosuję od 6 dni i choć to wcale nie jest łatwe, to widzę jaką robi kolosalną różnicę w postrzeganiu siebie, innych i rzeczywistości. Jeśli kręci Cię podróż w głąb siebie to nie wahaj się ani chwili!

Uff, to był kawał tekstu! Jeśli znasz którąś z tych książek, chcesz się ze mną podzielić tym, co myślisz albo polecić mi coś innego do czytania – będzie mi miło dostać od Ciebie odpowiedź!

O dojrzałości pisarskiej i mój coming out

W poniedziałek poprowadziłam spotkanie z Witem Szostkiem, o początkach jego kariery pisarskiej, który na moje pytanie czym dla niego jest dojrzałość pisarska i czy czuje się pisarsko dojrzały powiedział, że dojrzały się nie czuje i właściwie nie wie czym taka dojrzałość mogłaby być. A potem, parę pytań później, przyszła odpowiedź: że odwagą do podążania własną ścieżką i niepotrzebowaniem spadochronu w postaci konwencji gatunkowej. Mówił też czym jest dla niego twórczość w ogóle: ciągłym poszukiwaniem. Języka, historii, frazy, odpowiedzi po co i dlaczego każdą historię opowiada. W tym co mówił więcej było pytań niż odpowiedzi. Więcej poszukiwania niż pewności, ciekawości niż oceny. 

Chciałabym pracować z ludźmi, którzy tak widzą twórczość. Którzy nie oczekują ode mnie przepisu na bestseller, tylko pomocy w otwarciu oczu, inspiracji, wsparcia na ścieżce w gęstym lesie jaką jest twórczość. 

Ostatnio dużo myślałam o tym czy ja zadaję wystarczająco dużo pytań. Czy ja mam odwagę podążać własną ścieżką i szukać swoich rozwiązań? Czy mam odwagę otwarcie i szczerze czegoś pragnąć nawet jeśli nie mam pod sobą spadochronu, jeśli nie wiem jak to się skończy, jeśli nikt mi nie zagwarantuje happy endu? 

Czy ty masz odwagę pisać latami książkę, która jest dla Ciebie ważna, czy mam odwagę się przy niej zmieniać, zadawać sobie trudne pytanie po co ją piszesz i konfrontować się z odpowiedziami jeśli nikt nie zagwarantuje Ci półki w Empiku?

Coraz bardziej też czuję jak odwaga wiąże się z ciekawością. I zrozumiałam jak często oceniam ludzi i sytuacje zamiast być ich ciekawa. Ktoś mądry powiedział mi jakiś czas temu „zamień ocenę na ciekawość”, a ja w pierwszym odruchu pomyślałam, że to nie do mnie, przecież jestem taka otwarta i nigdy nikogo nie oceniam! A potem, dzień po dniu, godzina po godzinie zobaczyłam jak często to robię. Jak często z góry zakładam „ta książka nie jest dla mnie”, „z tą osobą się nie dogadam”, „na robienie tego nie warto tracić czasu”… Staram się teraz przy każdej takiej ocenie zatrzymać i zobaczyć, czy to jest sprawdzona przez mnie prawda, czy wytwór mojej wyobraźni. Łapię się kiedy mówię coś oceniającego, a nie mam na to dowodów, tylko powtarzam stereotypowe sądy. Wszyscy to robimy. Ale od każdego z nas zależy, czy zaczniemy to zmieniać. 

Dość często ktoś pisze do mnie z prośbą o ocenę „czy jego pisanie ma sens”. To pytanie wraca jak bumerang, a ja czasami rozkładam ręce… Kiedyś napisałam o tym artykuł i czuję, że warto go przypomnieć.

Kiedy rozjeżdżają się ściany, czyli o pisaniu powieści.

Piszę do Ciebie z lasu. Wyprowadziłam się z Krakowa, nie wiem czy jeszcze tam wrócę. Czuję, że nie chcę mieszkać już w mieście. Z każdym dniem czuję się coraz bardziej połączona z naturą i coraz bardziej czerpię z niej siłę. Pracuję, siedzę z komputerem w ogrodzie i piszę. Nowe lekcje na kurs 7 kroków do powieści i na Wakacyjne Wyzwanie Pisarskie. Sprawia mi to ogromną radość, jaką dawno nie sprawiało mi zapisywanie moich myśli. 

Chciałabym Ci opowiedzieć parę słów o kursie powieściowym, a raczej o tym jak reagują na niego uczestnicy, co jest dla nich trudne i zaskakujące. Dostałam kilka odpowiedzi, ktoś też napisał na facebooku, że nie spodziewał się, że to tyle pracy. Że to jednak trudniejsze niż myślał, że jest trochę załamany. No tak, myślę sobie, wcale mnie to nie dziwi… Bo z jakiegoś powodu dość powszechnie panuje przekonanie, że do napisania książki (wcale nie tylko powieści) potrzebne jest tylko natchnienie. I może odrobina wolnego czasu. A poza tym nic, tak się siada i wylewa z siebie piękne zdania z frazą jak wczesna Joanna Bator, bohaterami prosto z Twardocha i mądrością Tokarczuk. Otóż niestety nie bardzo. Może komuś tak się zdarza, może ktoś tak umie. Ale jeśli tej jednej osobie na milion tak się zdarzy, to ja jej raczej nie poznam, bo takie osoby nie potrzebują przecież kursu pisania, bo po prostu siadają i piszą! 

Wydaje mi się, że już tyle razy o tym pisałam, ale powiem jeszcze raz: pisanie książki to jest praca. Dla jednych ciężka, dla drugich nie. Może być szalenie przyjemna. Może dawać mnóstwo radości i satysfakcji. Ale to jest duży projekt, który trzeba zaplanować, rozłożyć na kawałki, zastanowić się co po kolei. 

Pisanie książki jest jak budowanie domu. Jeśli nigdy w życiu nie wbiłam ani jednego gwoździa i wyjdę na polankę w słoneczny dzień i powiem z werwą „dobra, super, no to jedziemy z koksem, zaczynam budować dom!”, zacznę znosić deski, piłować je na chybił trafił, potem je przybijać w kształt ściany, dopasuję drugą ścianę, będzie troszkę nierówna, ale się tym nie przejmę, nierówną wysokością też nie, bo o suficie pomyślę potem, teraz nie czas no i co tam, jeden róg, to żaden problem, potem postawię ścianę z drugiej strony, w międzyczasie będą deszcze, więc to zostawię na 3 tygodnie, jak wrócę to połowa desek będzie zapleśniała, bo zapomniałam przykryć, ale wywalę i wezmę nowe, i potem jak będę chciała wstawić czwartą ścianę, ale okaże się, że jednak tamte rogi nie miały po 90 stopni, tylko jeden 103, a drugi 86, więc ta czwarta ściana w ogóle się nie styka i jest jakiś dramat i ja wtedy się załamię, że czemu ten dom mi w ogóle nie wychodzi, przecież miałam TAKIE OGROMNE natchnienie żeby go zbudować, to co mi wtedy powiesz? Bo wiesz, co robi większość osób w takiej sytuacji ze swoją książką? Zostawia ten dom, idzie na kolejną polankę i zaczyna od nowa, tylko teraz od podłogi, bo pewnie tym razem się uda. A jak się nie udaje, to się załamują, uznają, że nie mają talentu do budowania domów. Chyba nie muszę Ci więcej tłumaczyć?

Jeśli więc chcesz napisać książkę, to pomyśl, że to jak budowa domu. I że warto by było jednak najpierw się nauczyć równo piłować deski. I dowiedzieć się co się robi po kolei, to może być bardzo przydatne!

Wydaje mi się, że pisałam już, że w najbliższym sezonie jesienno-zimowym nie będzie Szkoły Pisania Powieści. Myślę nad zrobieniem jej latem, ale nie wiem czy to będzie w Krakowie. Jeśli chcesz się uczyć ode mnie jak napisać powieść, już teraz zapraszam Cię na kolejną edycję 7 kroków, kurs początkujący powtórzę jeszcze raz jesienią i wtedy też zaproszę Cię na poziom 2 🙂 Szykuj się więc na wczesną jesień, planuj swój czas na pisanie!

A teraz życzę Ci dalszego wspaniałego lata.

Jak w życiu

Ostatnio zaczynam widzieć, że z pisaniem jest jak z życiem. W zimie zawsze dużo pracuję, bo wszyscy chcą pisać i tak jest i teraz, codziennie czytam teksty. I ciągle tak naprawdę powtarzam to samo, uczę właściwie tych samych kilku zasad.

Słuchaj i miej oczy otwarte

Kiedy widzę tekst kogoś, kto był na moim kursie i w Klubie Pisarskim Online i dalej popełnia te same błędy, najprostsze, o których mówiłam na pewno kilkakrotnie i na jednym i w drugim, to troszkę mi jednak ręce opadają. Bo myślę sobie, że ta osoba po prostu nie słucha. Jest skupiona tylko na swoim tekście i ma trochę klapki na oczach. Bez słuchania, bez otwarcia oczu, bez świadomego przyswajania wiedzy i pamiętania nie nauczysz się za wiele. Jak w życiu. Jeśli nie chcesz wiedzieć co jest naokoło, jeśli nie interesuje Cię to, co mówi i pokazuje ci ktoś obok, będziesz cały czas robić to samo, kręcić się w kółko w swoim sosie.

Wierz w siebie

Bez wiary w siebie, w swoje pisanie, w to, że możesz pisać dobrze, lepiej, nie zrobisz nic. Będziesz tylko siedzieć i zamęczać siebie (i pewnie innych) tym, „jakie to jest beznadziejne”, „przepraszam, ja nie umiem”, „ojej, ty tak wspaniale piszesz, moje to takie słabe jest, że nawet nie będę czytać”. Chcesz biadolić, proszę bardzo, możesz, jeśli Ci to sprawia przyjemność. Ale z tego biadolenia to nic nie będzie. Żadnego tekstu, żadnego pisania, nie mówiąc o czymś większym. Zamiast tego zaakceptuj miejsce w którym jesteś i po prostu zacznij się uczyć. Powiedz sobie: „ok, mój opis mi się nie podoba, co mogę zrobić, żeby był lepszy?”. I krok po kroku zacznij przyswajać wiedzę, próbować. Odwagi!

Miej pokorę

Z tą wiarę w siebie jest jak z solą, jak ktoś przesadzi, to nie da się tego zjeść po prostu. Spotykam też osoby, które są tak pewne tego, że ich teksty są genialne, na miarę Nobla i Międzygalaktycznej Nagrody Astralnej, że zbliżenie do nich grozi porażeniem. Uważają, że to tylko przypadek, że świat się jeszcze na nich nie poznał, nie, właściwie nie, po prostu wszyscy są głupi. On wie najlepiej, oj tak, i jeszcze wszystkim to powie, wytknie każdy przecineczek w każdziutkim tekście, będzie przewracał przy tym oczami, ale co zrobić, taka jego niedola, geniusza, naprawianie świata, przecież ktoś musi, więc on już się poświęci, bo czuje się odpowiedzialny. Jeśli widzisz w tym kawałek siebie, to wyluzuj, wypuść powietrze i rozejrzyj się. Może jednak nie wszyscy są tacy głupi i zamiast wytykać im błędy, skup się na swoim pisaniu.

Próbuj

Dwa dni temu upiekłam trzeci chleb w moim życiu. Pierwszy był totalną katastrofą, wielkim wilgotnym gnioto-zakalcem, śmierdział surowizną i nawet po wielokrotnym opiekaniu w tosterze był obrzydliwy. Drugi był jednym z najlepszych chlebów, jakie jadłam w życiu, serio. Trzeci był czymś pomiędzy, miał trochę zakalca, ale po dopiekaniu go jeszcze półtorej godziny i potem tostowaniu kromek dał się zjeść. Czy umiem piec chleb? Czy jestem mistrzem chlebowym czy niedojdą? Tak wiele osób, włączając mnie samą, bo jestem mega niecierpliwa, nie chce podejmować próby. Jak nie wyjdzie, to do kosza, nie będę się zajmowała tymi kretyńskimi chlebami! To by było proste, w ten sposób nie trzeba się konfrontować z niczym, czego się nie umie robić, można się wkurzyć i to rzucić. Ale można też uznać „dobra, nie wyszło mi, czegoś nie umiem, dam sobie szansę na drugą próbę”.

Znajdź osoby, które będą cię wspierać

Trudno jest uczyć się czegoś całkowicie w samotności i nie mieć nikogo wokół z kim można by się podzielić tym, co jest trudne, czego się nauczyliśmy, wypłakać porażki i świętować sukcesy. Jeśli chcesz pisać, to znajdź przynajmniej jedną osobę, która będzie Cię w tym wspierać.

Sięgaj po nowe rzeczy

Często jest tak, że kiedy nauczymy się czegoś z danego obszaru, to powtarzamy to przez lata, ciesząc się za każdym razem sukcesem. Na pewno znasz na przykład takich mistrzów jednego dnia. Robią je absolutnie nieziemsko. Ale nie umieją nic więcej. Można zostać takim mistrzem jednej pisarskiej potrawy i pichcić ją wielokrotnie albo co gorsza odgrzewać w nieskończoność. Jest nawet wielu znanych i poczytnych pisarzy, którzy tak robią, od 10 lat ciągle jeden i ten sam bigos, kiedy dorzucą jedną nową przyprawę, to jest wielkie halo. Możesz tak robić, jeśli Cię to satysfakcjonuje. Mnie nie bardzo, ja mam potrzebę uczenia się nowych rzeczy, choć wiem, że to trudne i do tego zachęcam też Ciebie.

Mierz się z tym co jest dla Ciebie trudne

No właśnie, czasami to nowe jest bardzo bardzo trudne, tak trudne, że mi się odechciewa. Bo ile można próbować? Po ilu zmaszczonych chlebach stwierdzę, że daję sobie totalnie spokój? To zależy od Ciebie i twojego samozaparcia. Ale też zależy od tego co robisz z porażkami. Jeśli każdy następny chleb będę robić dokładnie tak samo jak poprzedni, nie będę wyciągać żadnych wniosków z moich porażek, nie będę uczyć się na moich błędach, tylko z brnąć w kółko w dokładnie to samo, to chyba nikt nie będzie się dziwił, że te chleby mi nie wychodzą. Tylko dlaczego kiedy chodzi o twórczość i tak się zachowujemy, to nie jest to takie jasne? Nie wiem. Dla mnie jest. Sprawdź rzeczy, które ci nie wychodzą, może cały czas robisz je tak samo?

To na pewno nie jest kompletna lista, mogłabym do niej dołożyć jeszcze co najmniej kilka punktów. Może ty też masz swoje?

Zostań DOP czyli jak używać światła w opisach wnętrz

Opisy to takie kawałki, które często opuszczamy. Bo są nudne, to znaczy, że są źle napisane. Dobry opis wpleciony w akcję jest wspaniały, porywający, przenosi nas do świata bohatera, powoduje, że czuję jakbym tam była! W tym miejscu dokładnie, o którym czytam, nieważne, czy to jest fikcja czy reportaż, tekst podróżnika o Tajlandii czy recenzja nowej kawiarni. Każdy tekst, który dzieje się gdzieś, potrzebuje dobrego opisu. Bez niego jesteśmy zawieszeni w próżni, wydarzenia dzieją się pośrodku białej plamy. Pisałam już o opisach przyrody i o tym jak wprowadzić do opisu ruch. A dziś chcę Cię zachęcić do wprowadzenia do opisu światła.

Zauważ, że światło jest bezustannie obecne w rzeczywistości. Bardzo różne światło, w zależności do tego czy jest naturalne czy sztuczne, czy mówimy o wnętrzu czy o ulicy, o rodzaju wnętrza – bo światło jest inne w malutkiej sypialni i w hali dworca, a przecież oba są wnętrzami, o tym na co to światło jest skierowane – czy jest punktowe czy rozproszone, co ma oświetlać, jaką ma temperaturę… Może dostajesz teraz zawrotu głowy, kiedy nagle do Ciebie dociera jak bardzo wiele jest możliwości. Niestety zazwyczaj opisy wnętrz kompletnie pozbawione są światła, a raczej światło nie jest w nich zaznaczone, nie odgrywa żadnej roli, bardzo rzadko wiemy o nim cokolwiek. Czas to zmienić!

Każde wnętrze zmienia się w zależności od oświetlenia. Wie o tym doskonale każdy DOP czyli Director od Photography, dyrektor fotografii, odpowiedzialny w filmie za zdjęcia. Zanim będzie cokolwiek kręcił, analizuje zastane światło albo projektuje światło, którego użyje.

Przecież od tego, jakiego światła użyjemy, gdzie będzie jego źródło, pod jakim kątem będzie padać zależy jak będzie wyglądać wnętrze.

Ten sam salon zalany słońcem i w pochmurny dzień wygląda inaczej, a jeszcze inaczej kiedy zapalimy lampę na stoliku i jeszcze inaczej kiedy zaświecimy na suficie wielki żyrandol. Inne elementy będą widoczne, na pewno nie raz ci się zdarzyło zauważyć jak brudne są szyby kiedy słońce nagle zaświeciło w okna, zauważyć pod kątem zakurzoną podłogę, zwrócić uwagę w świetle lampki na wytarty sztruks na fotelu, czy zauważyć zupełnie wcześniej niewidzialny obrazek na ścianie kiedy ktoś zapali nad nim światełko.

Kiedy piszesz opis masz do wyboru dwie drogi:

kiedy piszesz prawdę to znaczy posługujesz się istniejącym wnętrzem – przyjrzeć się dokładnie wnętrzu, które opisujesz i zauważyć w nim światło, również o różnych porach dniach i zaobserwować jak to miejsce się zmienia, jak i gdzie światło pada, co wydobywa, co zostawia w cieniu, jak się układa na materiałach, na kantach mebli, gdzie przebiega jego granica.

kiedy piszesz fikcję i wymyślasz wnętrze – zastanowić się jakie jego elementy chcesz pokazać, na to chcesz zwrócić uwagę czytelnika i tak „zaprojektować” światło, żeby to zrobić. Chcesz pokazać że pokój jest zagracony i pełen przedmiotów po sufit? Zapal u góry pojedynczą mocną żarówkę, która obleje graty, a kąty zostawi ciemne. Zależy Ci na kryształowym wazonie po babci? Postaw niedaleko lampę z ciepłym światłem, a obok świecie, których ogniki będą migać setkami odbić w krysztale.

Mam nadzieję, że to dla Ciebie jasne. I że Twoje opisy będą od teraz pełne światła!