Posts Tagged "motywacja"

Jak w życiu

Wpisane dnia sty 3, 2018 w dziale Czytelnia | 2 komentarze

Ostatnio zaczynam widzieć, że z pisaniem jest jak z życiem. W zimie zawsze dużo pracuję, bo wszyscy chcą pisać i tak jest i teraz, codziennie czytam teksty. I ciągle tak naprawdę powtarzam to samo, uczę właściwie tych samych kilku zasad. Słuchaj i miej oczy otwarte Kiedy widzę tekst kogoś, kto był na moim kursie i w Klubie Pisarskim Online i dalej popełnia te same błędy, najprostsze, o których mówiłam na pewno kilkakrotnie i na jednym i w drugim, to troszkę mi jednak ręce opadają. Bo myślę sobie, że ta osoba po prostu nie słucha. Jest skupiona tylko na swoim tekście i ma trochę klapki na oczach. Bez słuchania, bez otwarcia oczu, bez świadomego przyswajania wiedzy i pamiętania nie nauczysz się za wiele. Jak w życiu. Jeśli nie chcesz wiedzieć co jest naokoło, jeśli nie interesuje Cię to, co mówi i pokazuje ci ktoś obok, będziesz cały czas robić to samo, kręcić się w kółko w swoim sosie. Wierz w siebie Bez wiary w siebie, w swoje pisanie, w to, że możesz pisać dobrze, lepiej, nie zrobisz nic. Będziesz tylko siedzieć i zamęczać siebie (i pewnie innych) tym, „jakie to jest beznadziejne”, „przepraszam, ja nie umiem”, „ojej, ty tak wspaniale piszesz, moje to takie słabe jest, że nawet nie będę czytać”. Chcesz biadolić, proszę bardzo, możesz, jeśli Ci to sprawia przyjemność. Ale z tego biadolenia to nic nie będzie. Żadnego tekstu, żadnego pisania, nie mówiąc o czymś większym. Zamiast tego zaakceptuj miejsce w którym jesteś i po prostu zacznij się uczyć. Powiedz sobie: „ok, mój opis mi się nie podoba, co mogę zrobić, żeby był lepszy?”. I krok po kroku zacznij przyswajać wiedzę, próbować. Odwagi! Miej pokorę Z tą wiarę w siebie jest jak z solą, jak ktoś przesadzi, to nie da się tego zjeść po prostu. Spotykam też osoby, które są tak pewne tego, że ich teksty są genialne, na miarę Nobla i Międzygalaktycznej Nagrody Astralnej, że zbliżenie do nich grozi porażeniem. Uważają, że to tylko przypadek, że świat się jeszcze na nich nie poznał, nie, właściwie nie, po prostu wszyscy są głupi. On wie najlepiej, oj tak, i jeszcze wszystkim to powie, wytknie każdy przecineczek w każdziutkim tekście, będzie przewracał przy tym oczami, ale co zrobić, taka jego niedola, geniusza, naprawianie świata, przecież ktoś musi, więc on już się poświęci, bo czuje się odpowiedzialny. Jeśli widzisz w tym kawałek siebie, to wyluzuj, wypuść powietrze i rozejrzyj się. Może jednak nie wszyscy są tacy głupi i zamiast wytykać im błędy, skup się na swoim pisaniu. Próbuj Dwa dni temu upiekłam trzeci chleb w moim życiu. Pierwszy był totalną katastrofą, wielkim wilgotnym gnioto-zakalcem, śmierdział surowizną i nawet po wielokrotnym opiekaniu w tosterze był obrzydliwy. Drugi był jednym z najlepszych chlebów, jakie jadłam w życiu, serio. Trzeci był czymś pomiędzy, miał trochę zakalca, ale po dopiekaniu go jeszcze półtorej godziny i potem tostowaniu kromek dał się zjeść. Czy umiem piec chleb? Czy jestem mistrzem chlebowym czy niedojdą? Tak wiele osób, włączając mnie samą, bo jestem mega niecierpliwa, nie chce podejmować próby. Jak nie wyjdzie, to do kosza, nie będę się zajmowała tymi kretyńskimi chlebami! To by było proste, w ten sposób nie trzeba się konfrontować z niczym, czego się nie umie robić, można się wkurzyć i to rzucić. Ale można też uznać „dobra, nie wyszło mi, czegoś nie umiem, dam sobie szansę na drugą próbę”. Znajdź osoby, które będą cię wspierać Trudno jest uczyć się czegoś całkowicie w samotności i nie mieć nikogo wokół z kim można by się podzielić tym, co jest trudne, czego się nauczyliśmy, wypłakać porażki i świętować sukcesy. Jeśli chcesz pisać, to znajdź przynajmniej jedną osobę, która będzie Cię w tym wspierać. Sięgaj po nowe rzeczy Często jest tak, że kiedy nauczymy się czegoś z danego obszaru, to powtarzamy to przez lata, ciesząc się za każdym razem sukcesem. Na pewno znasz na przykład takich mistrzów jednego dnia. Robią je absolutnie nieziemsko. Ale nie umieją nic więcej. Można zostać takim mistrzem jednej pisarskiej potrawy i pichcić ją wielokrotnie albo co gorsza odgrzewać w nieskończoność. Jest nawet wielu znanych i poczytnych pisarzy, którzy tak robią, od 10 lat ciągle...

Read More

Czy naprawdę uczysz się pisać?

Wpisane dnia lis 22, 2017 w dziale Czytelnia | 0 komentarzy

Czytam teraz „Wielką magię” Elizabeth Gilbert. Byłam sceptyczna, bo nie lubię poradników, a już zwłaszcza poradników „jak być kreatywnym” i nie podobał mi się początek, ale teraz czytam z dużą przyjemnością. Myślę, że głównie dlatego, że to nie jest do końca poradnik, to raczej dość osobista książka , bo Gilbert nikomu specjalnie nie radzi, ona po prostu opowiada o swoim pisarskim doświadczeniu. A ma o czym opowiadać. Zaczęła pisać jako nastolatka i nigdy nie przestała. Jeśli wyobrażam sobie, że to jednak miałby dla kogoś być poradnik, to dla pisarzy zmagających się z odrzucaniem. Dla pisarzy, którzy nie mogą znaleźć wydawcy, którzy przeżywają frustrację. Gilbert w bardzo zabawny sposób opowiada o tym ile razy była odrzucana, a nawet jak jedno jej opowiadanie najpierw odrzucone zostało kilka lat później przez tą samą redaktorkę naczelną uznane za genialne! Opowiada o swoim ślubowaniu, że zawsze będzie pisać – kiedy miała 16 lat zorganizowała sobie całkiem poważną ceremonię! A potem mówi: „Pomiędzy dwudziestką a trzydziestką pisałam codziennie. Przez pewien czas miałam chłopaka, który był muzykiem i codziennie ćwiczył. On grał skale, a ja pisałam krótkie fikcyjne scenki. W obu przypadkach chodziło o to samo – żeby stale zajmować się swoim rzemiosłem, nieustannie trzymać się blisko niego. W dni, kiedy zupełnie nie miałam weny, nastawiałam sobie budzik na pół godziny i zmuszałam się, żeby bazgrać cokolwiek. (…) Wymyśliłam sobie, że zawsze uda mi się wyrwać pół godziny na pisanie nawet z najbardziej wypełnionego zajęciami dnia. I nawet jeśli szło mi beznadziejnie, zapewne potrafię się zmusić do pracy przez tych trzydzieści minut. A w zasadzie pisanie rzeczywiście szło mi kiepsko. Naprawdę nie wiedziałam co robię. Czasami miałam wrażenie, że usiłuję rzeźbić w kości słoniowej mając na rękach kuchenne rękawice. Brakowało mi warsztatu i polotu. Napisanie jednego krótkiego opowiadania zajmowało mi czasem nawet rok. Przez większość czasu i tak naśladowałam swoich ulubionych pisarzy. Przeszłam przez fazę Hemingwaya, ale też dość poważną fazę Annie Proulx i raczej żenującą fazę Cormaca McCarthy’ego. (…) Było to zgodne z prostą i wspaniałomyślną zasadą oferowaną przez życie: jeśli coś stale ćwiczysz, będziesz w tym coraz lepszy. Gdybym między dwudziestką a trzydziestką dzień w dzień grała w koszykówkę albo dzień w dzień wyrabiała ciasto, albo dzień w dzień uczyła się mechaniki samochodowej, zapewne w tej chwili byłabym całkiem niezła w rzutach wolnych, pieczeniu rogalików lub naprawie skrzyni biegów. Zamiast tego uczyłam się jak pisać.” Zawsze mówię, że pisania można się nauczyć. Teraz mam na potwierdzenie mojej teorii słowa Elizabeth Gilbert. A ty nie czekaj, tylko zakładaj rękawice kuchenne i biegnij...

Read More

CZEMU POTRZEBUJESZ WAKACJI OD PISANIA

Wpisane dnia paź 12, 2017 w dziale Czytelnia | 1 komentarz

Lato się skończyło (przynajmniej w Polsce, bo może czytasz mnie gdzieś, gdzie lato jest zawsze) i większość nas ma za sobą wakacje. To są najczęściej wakacje od pracy, mało kto bierze sobie wakacje od dzieci na przykład albo wakacje od bycia sobą. Często jest tak, że właśnie na wakacjach ma się trochę czasu na zrobienie „swoich” rzeczy, czyli na przykład pisanie. Urlop od pracy i obowiązków przeznaczony tylko na pisanie to genialny pomysł jeśli chce się na przykład napisać książkę, znacznie bardziej efektywny, niż dziubanie wieczorami kilku zdań. Napisałam zresztą o nim tutaj. Ale dziś chcę napisać o czymś dokładnie odwrotnym – o wakacjach od pisania. Większość osób, z którymi spotykam się na warsztatach, kursach czy które przychodzą do mnie pracować indywidualnie, bardzo dużo myśli o pisaniu i ma kłopot ze „znalezieniem” na niego czasu. To, że czasu się nie znajduje, tylko świadomie na coś przeznaczana rezygnując z innych rzeczy to inna historia. Oznacza to, że przeważnie niezbyt dużo i niezbyt szybko piszą, za to bardzo dużo o pisaniu myślą, często zamartwiając się, że nie piszą. To też w jakimś sensie czas „na pisanie”. Twórczość nie składa się przecież tylko z momentu kiedy faktycznie siada się i pisze czy rysuje, ale też z całego czasu poświęconego na myślenie o niej: zbieraniu pomysłów, wymyślaniu bohatera, robieniu notatek, zastanawianiu się nad fabułą, dobieraniu słów, szukania metafor… To wszystko zawiera się w pisaniu. I często poświęcamy na to znacznie więcej energii niż na samo pisanie, stukanie w klawiaturę. To oczywiście wspaniałe, ale też męczące, bo jeśli nigdy nie robisz sobie przerwy od zastanawiania się nad pisaniem, to twój mózg tak naprawdę nigdy nie odpoczywa. A przecież on potrzebuje odpoczynku! Kilka dni temu dostałam długiego maila od pisarki, z którą pracuję o tym jak latem w ogóle nie pisała, jak nawet zapomniała o swoim pisaniu, jak odpoczywała i jakie ma teraz z tego powodu wyrzuty sumienia. Odpisałam jej, że to cudowne, że odpoczęła, że bardzo się cieszę, że zrobiła sobie „wakacje od pisania” i że uważam, ze one są szalenie potrzebne. Myślę, że im bardziej kreatywnie się pracuje, tym częściej potrzebuje się wakacji. Wyobrażam sobie, że taki pełnoetatowy pisarz potrzebuje wakacji naprawdę często. Ja nie jestem pisarką, ale moja praca jest dość twórcza i wymaga ode mnie dużo wymyślania i bardzo często czuję, że umysł mi się przegrzewa, czasami mówię, że czuję jakby mój mózg był większy niż moja czaszka… I to znaczy, że potrzebuję wakacji dla mojej głowy. Potrzebuję nie myśleć twórczo przez jakiś czas, nie chcieć za dużo od mojego mózgu. Jeśli zajmujesz się pisaniem, to też potrzebujesz takich wakacji. Nie raz do roku, tylko częściej. Ale może raz do roku takich długich, porządnych, na przykład na miesiąc albo dwa? Kiedy świadomie odłożysz na bok swoje pisanie, dasz jemu i sobie odpocząć i będziesz w wolnym czasie zajmować się tylko przyjemnościami. I jeśli czytaniem to tylko takim dla przyjemności, a nie tym „bo to mi się przyda do książki” albo „to powinnam, bo to klasyka” ani żadnym czytaniem analitycznym (które jest tak w ogóle super ważne dla pisania, przeczytaj o nim tutaj). Jeśli tego nie zrobiłaś/łeś latem, podczas urlopu, to może możesz to zrobić teraz? Tak jak wcześniej przeznaczałaś/łeś czas na pisanie tak teraz świadomie przeznaczyć go na odpoczynek od twórczości. Myślę, że twoje pisanie pięknie ci za to...

Read More

O niepisaniu – artykuł Danuty Czerny-Sikory

Wpisane dnia wrz 21, 2017 w dziale Czytelnia | 1 komentarz

Od czasu do czasu w moim życiu dokonuje się wielka zmiana. Staję się perfekcyjną panią domu, czyli gonię za horyzontem. Po wszystkich pomieszczeniach. Latam ze ściereczką, odkurzaczem, mopem.  Wiem, że nikt mi na grobie nie napisze „utrzymywała kuchnię w czystości”, ale chwilowo muszę wycierać, zmywać, wkładać, wyjmować, czyścić, zamiatać, układać, segregować, no po prostu muszę. Gdy moja część domu lśni już nieskazitelną czystością, gdy nawet książki zostały poddane brutalnej mustrze, gdy na stole rozwala się rozkosznie sterta wyprasowanych obrusów, córka wydaje radosny okrzyk: – Hurra, mama ma okres niemocy twórczej! – i dodaje obłudnie – To znaczy, sorry, szkoda, że nie możesz się zabrać do pisania! Ja się nie mogę zabrać? Ja? Jeszcze tylko obiad dla całej rodziny na trzy dni, cztery prania i powoli wyczerpują mi się domowe preteksty. Przenoszę się. Do ogrodu. Mój przydział: trzy klomby. Ten różowy plewię z samozaparciem. Begonie, hortensje, goździki. Niebieski już trudniejszy, bardziej zarośnięty, gęstszy. Nie, no naprawdę, wyrywanie chwastów to czysta przyjemność. Nagle okazuje się, że banalne fiołki potrafią wyglądać zalotnie, zabawnie, zastanawiająco. O, na trzecim kwitnie hibiskus. Muszę poobrywać zwiędłe liście, obciąć niektóre stare gałęzie. Ciągle mnóstwo roboty. I tylko ja, zawsze ja, no ja.  A to przecież żywe stworzenia, te moje rośliny. Same sobie nie dadzą rady, biedactwa. Ja tu o badylach, a czekają inne jeszcze bardziej żywe stworzenia, przynajmniej jedno: Ziuta nie dostała swojej porcji jedzonka. Sama sobie kudłów nie wyczesze, nie zmieni wody, nie poczochra za uchem. Dobra Ziuta, dobra, grzeczna sunia. Widzisz, pani musi pisać, ciągle nie ma czasu dla psa. Siadam przy biurku. Rzut oka przez okno. Należałoby pomalować taras, brzydko wygląda, umiałabym sama, cóż to takiego, parę ruchów ręką, phi. Ale niestety, dziś nie, bo nie mam farby. No i czasu. Jeszcze tylko podleję kwiatki biedne moje w domu, za ciepło im, kochane takie, piją jak chore cielątka. Siadam przed laptopem. Odwalam zaległą korespondencję. Wchodzę na facebooka, przecież trzeba być na bieżąco. Jeszcze strona Gazety Wyborczej. Zdjęcia z wczorajszej manifestacji, jestem na jednym z nich. Jestem na jednym z nich?! Telefon. No, właśnie widziałam. Jesteś ze mnie dumna? A przyjdź kiedyś, może też się załapiesz.                                                                                                                                                                            Muszę sobie zrobić trzecią kawusię. Zasiadam przed laptopem po raz kolejny. Ach, jeszcze zakupy! Koniecznie, ale to koniecznie muszę stać się właścicielką kuchennego odmierzacza czasu. Chcę zastosować przy pisaniu niezwykle ponoć skuteczną metodę pomodoro. Kupuję. Papier i tusz do drukarki niezbędne. Kupuję. Oczywiście jest mnóstwo książek, bez których nie da się napisać mojego dzieła. Kupuję.                                                                                                                                                                                      Będę czytać w przerwach. Przerwy muszą być, kręgosłup nie wytrzyma tego ciągłego siedzenia i pisania. Mój Boże, przecież ja utyję, bo będę więcej jeść, zawsze jem przy komputerze. Już jestem głodna. Kanapki? Jabłuszko? Bananek?  Robię kanapki, myję jabłuszko, obieram banana. Tak, przerwy są ważne. W przerwach nordic walking.  Zachoruję, jak nie będę się ruszać. Gdzie są kijki? Idę do piwnicy. No są. Może zacznę od kijków… Jedna mała godzinka mnie nie zbawi.  Nie, nie, już się zabieram. Co by tu jeszcze… OK, na razie nic mi do głowy nie przychodzi. Czwarta filiżanka kawy, wyłączony telefon, na drzwiach kartka „tu się...

Read More

O tym, jak zrozumiałam, że artyści się nie rodzą – Magdalena Plewniak

Wpisane dnia sie 31, 2017 w dziale Czytelnia | 0 komentarzy

Pisanie wypłynęło ze mnie gdzieś w przestworzach, pomiędzy Malagą a Londynem. Tyle co skończona książka, zbyt długi lot, brak sąsiada w fotelu obok i nudny projekt do przeczytania. Piękny Parker pociągnął moją dłoń i wyprodukował jedenaście stron mojej własnej historii o… niepisaniu. Pozwoliłam myślom płynąć bez oceniania, stałam się swoim własnym strumieniem świadomości. I wtedy po raz pierwszy od kilkunastu lat poczułam się wolna. Myśli, których nie umiałam wydusić, które przez lata zatrzymywały się jeszcze zanim do końca je pomyślałam, położyłam na jedenastu stronach. To się po prostu stało. Napisałam siebie od nowa. Tą prawdziwą. I poczułam ulgę. Chcę pisać. Będę pisać. Pisanie to ja. Później, zgodnie z Coelhowską zasadą, że kiedy masz marzenie i mocno w nie wierzysz, to cały świat ci sprzyja, dogrzebałam się Perypetii. Zawładnęły mną. Przeczytałam wzdłuż i wszerz. O kursach, o Klubie Pisarskim, o pisaniu. Każdego dnia kolejny artykuł z Czytelni. Nie mogłam się odkleić. To było to. Wymieniłyśmy z Marią Kulą kilka maili. Zrzuciła mnie z chmur na ziemię. „Z pisania nie da się żyć”. „Ale pisaniem da się żyć” odpowiedziałam jej w myślach. Zaproponowała Klub Pisarski. „Tylko Klub? Ja chciałam od razu pisać powieść”. „Do powieści trzeba się rozpisać”. Początek zaskakujący. Rozbudzanie zaspanej wyobraźni, przestawianie myślenia na inne ścieżki, często takie, których jeszcze nie było i które dopiero musiałam wydeptać. Każde zadanie uczyło mnie czegoś nowego, pokazywało pisarstwo od strony, z jakiej nigdy go nie widziałam. Szybko zrozumiałam, że Maria miała rację: na powieść nie byłam jeszcze gotowa. Brakowało mi warsztatu. Szlifowałam więc teksty do Klubu, aż do bólu, aż miałam dość i myślałam, że już więcej z siebie nie wycisnę, aż zamykałam komputer a następnego dnia pisałam coś zupełnie nowego. Czasami chciało mi się wyć, czytałam gotowe teksty innych i kuliłam się w kłębek z niemocy i przekonania, że to na nic, że jestem za słaba, że jest tylu świetnych pisarzy, którym nigdy nie dorównam. Mimo to ryzykowałam i wrzucałam swoje mikro dzieła a później wyczekiwałam komentarzy. Jedne pozytywne, inne mniej ale wszystkie bardzo potrzebne. I takie prawdziwe. Pozwalały mi spojrzeć na moje pisane z perspektywy czytelnika, osoby, która nie ma w głowie tych wszystkich szczegółów co ja, która nie zna bohaterów i że to moje zadanie pokazać czytelnikowi ten świat. Grupa wsparcia jaką stał się dla mnie Klub była nie do przecenienia. Dodawała mi też wiary, przestałam być dla siebie taka krytyczna. Jeśli innym się podoba, to dlaczego ja wciąż się nie doceniam? Klub wskazał mi drogę. Całą energię skupiłam na nauce, na poznawaniu narzędzi, na odkrywaniu, o co w tym pisaniu tak naprawdę chodzi. Nauczyłam się też czytać analitycznie. Ulubione powieści rozpisywałam na grafy, tworzyłam mapy fabuł. Krok po kroku odkrywałam jakie te wszystkie historie są proste, nie skomplikowane. One po prostu są pięknie opowiedziane, dlatego są ciekawe, wciągające, skupiające uwagę. Zrozumiałam dlaczego lata temu porzuciłam pisanie. Bo wydawało mi się, że pisanie jest dla artystów, dla ludzi z wielkim talentem, którzy siadają i w tydzień mają gotową Annę Kareninę. Zapomniałam, że artyści się nie rodzą. Artyści „się stają”, tworzą się wraz ze swoimi dziełami, podejmując próby, upadając i podnosząc się. Zrozumiałam, że muszę być cierpliwa i wyrozumiała dla samej siebie, że muszę ćwiczyć, słuchać innych i być uważna na to, co ludzie czują, gdy mnie czytają, że muszę dla własnych tekstów stać się czytelnikiem, nie tylko pisarzem. I konsekwentnie, z wielkimi planami, sunę do przodu. Nauczyłam się, że wielkie marzenia wymagają dyscypliny i czasu. Chaos myśli i natrętne „Jak zacząć” zamieniłam na „Zacznij od początku, po kolei”. Najważniejsze to wiedzieć, czego się chce i do tego dążyć. Magdalena...

Read More