Maria Kula

Literatura jest jak lustro

Z tekstem można zrobić to samo co z życiem – napisałam w moim ostatnim newsletterze i mój tekst był tego przykładem. Tak widzę literaturę – jako lustro rzeczywistości, odbicie tego, co jest i kim jesteśmy my. Lustra bywają różne. Bardzo różne. I można wybierać, co się w nich pokazuje. Można pokazać czyjeś życie w Big Brotherze, gdzie wszędzie są lustra, a można kręcić dokument w jednym małym lusterku, w którym widać pół sypialni i kawałek wejścia do łazienki. Można napisać czyjąś biografię minuta po minucie, a można opublikować jego dziennik, w którym codziennie opublikował jedno zdanie. 

Jakie lustra interesują Ciebie? Jak ty chcesz pisać i czym dla Ciebie jest literatura? 

Czy myślisz, że jest fantazją, odskocznią od rzeczywistości, miejscem do którego, można uciec i doskonale się bawić albo odpocząć?

A może jest dla Ciebie snuciem opowieści, którą przynoszą ciepło, coś miłego, są jak kawałek ciasta biszkoptowego i ciepły uścisk przyjaciółki?

A może chcesz, żeby literatura dostarczała Ci wrażeń, przyspieszała bicie serca i powodowała, że nie możesz oderwać się od książki?

A może myślisz, że jej najważniejszym zadaniem jest jednak coś ważnego przekazać, pozwolić na jakieś odkrycie, zrozumienie, pokazanie komuś czegoś z innej, nowej perspektywy?

A może to wszystko w ogóle Cię nie obchodzi, tylko chcesz pisać swoją książkę, bo po prostu to lubisz robić?

Ja mogłabym się podpisać pod wszystkimi tymi punktami. Chcę tego wszystkiego i co więcej – chcę tego wszystkiego naraz! Wiem, to dość grube wymaganie i możesz się teraz śmiać, bo przecież nie ma takich książek! Ale to zupełnie nieprawda, bo są. Na przykład “Szkarłatny płatek i biały” – kostiumowa powieść z piętrową i mistrzowską metanarracją o niesamowicie seksownej prostytutce Sugar, XIW-wiecznej Angli, realiach społecznych i chorej na neurozę żonie jej głównego klienta, który postanawia wziąć ją do domu, wszystko w nabrzmiałej atmosferze przepełnionej humorem. Da się? Da się. Taka literatura mnie kręci. I to nie znaczy, że nie czytam prostszych książek, oczywiście, że czytam i też uwielbiam (np. nowe tłumaczenie “Ani z Zielonego Wzgórza”, która zresztą wcale taka prosta nie jest! Czytam drugi tom, mam trzy, jak skończę, to napiszę o wszystkich). 

Kocham literaturę za jej umiejętność, możliwość pokazania mi świata i postawienia mi lustra. Przeglądam się w Ani Shirley i w Sugar, przeglądam się we Frodo i w Gandalfie. Przeglądam się w Golumie. 

Taką literaturę też chcę pisać, chociaż wiem, jak to brzmi: niesamowicie arogancko. Może i tak. A może po prostu nie boję się marzyć i dawać z siebie wszystko? I może jeszcze bardziej arogancko zabrzmię, kiedy powiem: ty Też możesz pisać taką literaturę. To wymaga pracy. I przyglądania się sobie w wielu wielu lustrach. Również w tych bardzo brzydkich skąd wygląda do nas Golum. Ale można to potraktować jako wizytę w parku rozrywek albo po prostu kawałek życia, w którym decydujemy się zacząć siebie widzieć i słyszeć bardziej. 

Pisanie to dla mnie podróż w wielu kierunkach naraz. Może być wstecz, kiedy chcesz opowiadać mniej lub bardziej wprost o swoich doświadczeniach z przeszłości, może być wzdłuż, kiedy zastanawiasz się nad alternatywną rzeczywistością, nad tym co by było gdyby albo kim jesteś w zupełnie innym świecie. To może być też podróż do innego świata, kiedy podróżujesz ze swoimi bohaterami w czasie i przestrzeni, piszesz powieści dziejące się na innych kontynentach albo w zupełnie innych, niż współczesne Tobie, czasy. Możesz też podróżować w przyszłość – całkowicie dosłownie, pisząc sf! Albo w swoją przyszłość, wymarzoną a może taką, której potencjalnie się obawiasz? 

I czym innym są te podróże jeśli nie lustrami? 

Kiedy piszesz albo czytasz o innym świecie, to zawsze jest tam jakiś kawałek o Tobie, inaczej przecież w ogóle by Cię to nie interesowało. Jak patrzysz na literaturę? Czy i jak widzisz w niej swoje odbicie? 

Piątkowy wieczór

Johanna wcisnęła guzik domofonu po raz trzeci. Skurczyła lewą brew w wysiłku niepokazywania zniecierpliwienia i uśmiechnęła się do mnie ciepło. Po kilku sekundach zardzewiały płaski głośnik na ścianie zapiszczał i Johanna podskoczyła.

– It’s me, Johanna! 

Ściana wydała z siebie jeszcze kilka jęków i zgrzytów, aż w końcu zamek w ciężkich drzwiach kliknął i popchnęłyśmy je razem. Ruszyła szybko, więc musiałam raźno przebierać nogami, żeby nadążyć. Ciemna brama z sylwetkami wózków dla dzieci i rowerów, zakrzaczone podwórko i kilka drzwi do klatek, kolejna brama, kolejne podwórko, ładniejsze, przystrzyżony żywopłot i znowu drzwi, tym razem małe, w jasnym drewnie. I znowu domofon, tym razem poszło szybciej, jeszcze prawie biegiem dwa piętra w górę po wąskiej klatce z wytartą wykładziną i kwadratowym oknem na każdym półpiętrze i wreszcie uchylone drzwi. 

Szafa w przedpokoju była tak duża, że przejście miało mniej niż pół metra. Za nim migotało żółto-czerwone światło i muzyka. Zostawiłam płaszcz i szalik na wyładowanym wieszaku cudem wciśniętym za drzwi wejściowe i po trzech krokach stanęłam na wprost sporego łóżka, a raczej królującej na nim pluszowej bordowej kapy i sterty poduszek. Odetchnęłam głębiej, Johanna siedziała już w kącie kanapy wypełniającej ścianę między łóżkiem a otwartym oknem, w którym stał mały, chudy chłopak z burzą ciemnych loków a’la wczesna Madonna i palił papierosa. 

– Hi! Johanna told me so much about you! – uśmiechnął się szeroko, a ja trochę się speszyłam, bo co niby mogła mu opowiadać?

Szybko wcisnęłam się w drugi kąt kanapy i natychmiast zaczęłam robić to, co często dla mnie jest najprostsze: zadawać pytania. W ciągu dziesięciu minut dowiedziałam się, że  Psyjet ma dwadzieścia siedem lat, jest z Hyderabad (tak samo jak jeden z moich najbardziej kosmicznych przyjaciół, Shash, o którym opowiem Ci innym razem) i właśnie kończy pierwszy rok w szkole filmowej w Berlinie, bardzo mu się tu podoba, chce robić dokumenty, ale niestety w szkole cisną na fabułę, jutro wystawia się na targu z ciuchami, które projektuje i grzybami, które sam uprawia, suszy i przemienia w niesamowite medyczne mikstury i chciałby się teraz spakować, żeby jutro się nie stresować i móc spać dłużej, być może nawet do 14, bo ostatnio chodzi spać bardzo późno. Jest też bardzo głodny, bo nie jadł śniadania i czasami tak się zdarza, że jest na tyle w coś wciągnięty, że zapomina o bożym świecie. Też byłam głodna. 

– This pot is good for pasta? – Johanna wyjrzała z kuchni ze sporym garnkiem. 

– Yes, I use this one – Psyjet przytaknął i ruszył za nią – I’ll show you where are lids. 

Oparłam się głębiej i rozprostowałam nogi. Było dobrze, czułam się już zrelaksowana, mogłam przestać zadawać setki pytań i się rozejrzeć. Gigantyczny Ganesha patrzył na mnie z czarno-białej tkaniny na krótszej ścianie za łóżkiem, można takie kupić za grosze za każdym rogu na Goa. 

– Alexa, turn on salt lamps – Johanna wskoczyła znów na kanapę, a pokój wypełniło ciepłe różowe światło. 

– How did you do it?! 

– It’s Alexa, you know something like secretary. I don’t really like her, but she is useful – Psyjet też wrócił i dalej metodycznie pakował rzeczy do dużej walizki zajmującej całą przestrzeń między prostokątnym stolikiem przed kanapą a łóżkiem. Ściana za nim załadowana była biurkiem ze sporym monitorem i małymi szafkami po dwóch stronach, na prawej, przy drzwiach do pokoju piętrzyło się milion drobiazgów, Alexa i lampa solna, a na lewej, przy wejściu do kuchni, druga lampa i drukarka. 

– … yeah, I stared to watch it few times, but never continued… – wróciiłam do rzeczywistości i zorientowałam się, że rozmawiają o serialu “Gra o tron”. – It’s not that I didn’t like it, I don’t know why, I guess I do too many things at the same time, I’m interested in too many topics and in the end I quickly change them and I don’t go deeply into anything. 

Teraz to ja podskoczyłam, bo to brzmiało bardzo znajomo. 

– I nie jesteś sfrustrowany?!

Psyjet popatrzył na mnie badawczo, chyba chciał się upewnić, dlaczego pytam, więc szybko wyjaśniłam. 

– Doświadczam tego samego, robię bardzo dużo różnych rzeczy, ale ciagle między nimi skaczę i tak mnie to frustruje, że czasami nie wiem za co się zabrać i finalnie nie robię nic. A ty mówisz o tym z takim luzem, że ogromnie mnie to zaciekawiło, bo brzmi, jakbyś się tym szczególnie nie przejmował. 

Rozluźnił się znowu, sięgnął po nożyczki i siadł na dywanie.

– No wiesz, czasami się przejmuję, ale chyba się już nauczyłem, że to po prostu część procesu, taka faza – metodycznie wycinał okrągłe naklejki z logo, pewnie na słoiczki z proszkiem z grzybów. – wiem, że ona minie. 

Moje myśli biegały jak szalone. 

– To, co mówisz, otwiera mi zupełnie inną perspektywę, bo ja się ciągle oceniam, że za mało robię, że niczego nie kończę, że mam rozgrzebane masę projektów… 

– No ale czemu się oceniasz? 

Zastanowiłam się: czemu właściwie się oceniam? Odgarnęłam włosy moim nawykowym gestem. 

– Bo mam poczucie, że powinnam robić coś konkretnego, coś skończyć, na przykład od dawna piszę dwie książki, ale w tak żółwim tempie, że nie wiem, czy kiedykolwiek skończę no i mam codziennie dziesięć nowych pomysłów…

– Ja tak samo, czasami nawet z pięćdziesiąt – roześmiał się Psyjet, wstał i zapalił papierosa. – Ale wiesz – wydmuchnął dym – jest mnóstwo niesamowitych artystów, którzy pracowali nad jednym projektem z dziesięć lat, a potem stali się bardzo sławni i są znani z tego jednego projektu. I setki razy tyle takich, którzy nie stali się sławni, ale zrobili i robią niesamowitą sztukę. Poza tym, z tego co mówiła Johanna, to ty zrobiłaś już całkiem sporo rzeczy.

– Ja? Nie… – zrobiło mi się głupio – trochę maluję, napisałam dwie książki, ale wiesz…

– No i masz chyba bardzo twórczą pracę? – przysiadł na parapecie. 

– No tak. – pociągnęłam nogi pod siebie. 

– No to dziewczyno, weź się wyluzuj. Ta ocena, która Cię ściga, to presja społeczna. Nie musisz się jej poddawać, przecież nie chcesz żyć w systemie produkowania, dostarczania i tak dalej, przecież tak nie żyjesz. 

– Ja to czuję za każdym razem, kiedy przyjeżdżam do Europy – ciepły głos Johanny zawibrował między nami, popatrzyłam w jej lśniące błękitne oczy – kiedy jestem w Indiach, to w ogóle się nie oceniam, że za mało robię, czy moje życie jest nie takie, jak powinno być, a kiedy ląduję tutaj… od razu czuję presję, że powinnam więcej robić i to z sukcesem.

– No właśnie, o tym mówię. A jeszcze dodatkowo jest część procesu twórczego, przecież sama już na pewno wiesz, że twórczość wydarza się w fazach i na pewno masz takie, kiedy robisz bardzo dużo i pracujesz bardzo intensywnie. – otworzył okno i zgasił papierosa w popielniczce na zewnątrz. 

– Oczywiście, że tak – uśmiechnęłam się na wspomnienie moich pięciodniowych niesamowitych randek ze sobą. 

Psyjet mówił dalej o tym, co dla niego oznacza bycie artystą. A ja słuchałam, zapatrzona w jego drobną postać, czarne spodnie i golf i czerwony rozpinany sweter w trupie czaszki. Naprawdę wyglądał jak Madonna. 

Zaprojektuj sobie życie

Dziś napisałam do Ciebie newsletter o tym, że projektuję swoje życie. Tak, dokładnie tak robię i ty też możesz! Jak się za to zabrać? Temat przyszedł do mnie na warsztacie Moniki Gomółki i dotyczył marzeń, więc od nich zacznę. 

Marzenie znaczy dla mnie tyle, co zastanawianie się, czego dokładnie chcę, wypowiadanie tego, pełne zaufanie, że to się wydarzy i ewentualne kroki zabierające mnie w ten kierunek. Wszystkie te elementy są tak samo ważne, ale najważniejsze są dwa pierwsze. Jeśli nie określisz, czego chcesz i tego nie wypowiesz, to to coś nie ma za dużych szans się wydarzyć. Jeśli nie zaufasz, to tym bardziej. 

Wyobraź sobie, że jesteś stolarzem. Ktoś zamawia u Ciebie stół, ale nie mówi ci ani jakiej wielkości ani z jakiego drewna, po prostu rzuca “chcę stół” i znika. Potem pojawia się od czasu do czasu, ale zawsze wpada na chwilę znienacka krzycząc “chcę stół” i znów znika. Nigdy nie zostaje na dłużej, nie masz szans, żeby zadać jakiekolwiek pytanie, dowiedzieć się czegoś więcej. Robisz dla niego ten stół, nie robisz? Sam/a decydujesz o rozmiarze, materiale, charakterze? Powiedzmy, że tak, bo jednak chcesz zapewnić stół osobie, która go zamówiła. Ale ta osoba nie wydaje się nim zainteresowana ba! kiedy kończysz stół, to nie zgłasza, żeby go odebrać! A kiedy jakimś cudem udaje Ci się zdobyć jej adres i dostarczyć stół, jest bardzo niezadowolona, że jest nie taki, jak sobie wymarzył/a! I albo jest bardzo smutna albo się wścieka albo kompletnie Cię ignoruje. Bardzo dziwne, prawda?

Może też tak być, że ktoś zamawia stół i BARDZO dokładnie mówi Ci, jak ma wyglądać. Tak bardzo dokładnie, że nie jesteś w stanie spełnić jego pragnień. Na przykład zamawia sobie drewno z tysiącletniego drzewa mango dokładnie w jednym rejonie w Kostaryce, a kiedy nawet jakimś cudem udaje Ci się je sprowadzić, to żąda (bo nie prosi, często jest niezbyt miły, ale za to szalenie wymagający) żeby na prawej nodze, na wysokości 27,56 cm od podłogi znalazł się sęk o rozmiarze 4,36 cm. Robisz co możesz, pocisz się niemożebnie, żeby stół sprostał oczekiwaniom Twojego klienta. Na dodatek ten klient przychodzi codziennie albo trzy razy dziennie i patrzy Ci przez ramię i ciągle pyta, kiedy będzie gotowe. Jeśli jakimś cudem przetrwasz ten proces i nie zwariujesz, to kończysz stół, oddajesz w ręce klienta i… jak myślisz, czy ta osoba jest zadowolona? No oczywiście, że nie! Ale za to natychmiast chce Ci dać kolejne zlecenie, na krzesła. Ale ty szybko się zawijasz, uciekasz gdzie pieprz rośnie. 

Masz też klientów, którzy są bardzo mili, ale nie jesteś w stanie nic dla nich zrobić, bo przychodzą i patrzą na Ciebie wielkimi oczami, widzisz w nich dokładnie, że czegoś bardzo potrzebują, ale nigdy nic nie mówią. Czasami zdarza im się szeptać po kątach, nachylasz się, żeby usłyszeć cokolwiek, ale wypowiadają słowa tak cicho i pod nosem, że nie masz szans ich usłyszeć. Pokazujesz im więc gestem, że nie możesz zrozumieć, uśmiechasz się bezradnie i masz nadzieję, że kiedyś się odezwą. Patrzą często jak inne osoby odbierają swoje meble i widzisz w ich oczach łzy, no ale na Boga, jak masz coś dla nich zrobić, skoro nic nie mówią?

Tak właśnie wygląda proces marzeń większość osób. Dla jasności: stolarz to kosmos, a klienci to marzące osoby. Dokładnie w taki sposób marzy sporo ludzi.  Czegoś tam pragną, ale niezbyt dokładnie (bo przecież i tak nie ma szans, więc zamiast tego lepiej ponarzekać), nie mają żadnej wiary, że to się może zdarzyć (tak już mam, mi się zawsze przydarzają złe rzeczy). Albo ich marzenia są jak tabelki w exelu i po prostu nie da się ich zadowolić. I trzecia opcja – nie mają odwagi nic powiedzieć, nie marzą na głos. To są tylko trzy wersje, trzy typy klientów w stolarni. Jest ich na pewno więcej! Jakim ty jesteś klientem u stolarza? W jaki sposób ty zamawiasz swój stół czyli marzysz?

Z mojego doświadczenia wynika też, że często marzenia stają się sposobem na życie w chmurach, nie bycie obecnym, uciekanie do innego świata. Takie wychodzenie z tego, co naprawdę jest i wchodzenie w iluzję. Kontynuując metaforę stolarską byłaby to osoba, która zamawia mały sosnowy stolik, a potem zabiera od Ciebie duży dębowy i jest głucha na Twoje uwagi, że przecież to nie ten stół! Ewentualnie mówi Ci, że ten stół na pewno się zmniejszy i rozjaśni kolor w trakcie użytkowania! 

Mówienie sobie “on się zmieni”, “to się zmieni”. Oszukiwanie siebie i życie iluzją nie ma nic wspólnego ze świadomym procesem marzenia i manifestowania swoich pragnień. Jeśli żyjemy w świecie iluzji, to zanim zacznie się projektować sobie życie, najpierw trzeba zejść na ziemię i zobaczyć rzeczywistość taką, jaką naprawdę jest. Zobaczyć, że masz malutką kuchnię i możesz tam mieć mały sosnowy stolik i ten dębowy stół, który zajmuje całą przestrzeń od drzwi do blatu i musisz się pod nim czołgać, żeby otworzyć lodówkę, naprawdę nie ma sensu. Wstać i powiedzieć “no dobra, ten stół przynosi mi mnóstwo kłopotów i jednak nie mogę tak żyć”. Dopiero przejrzenie się w lustrze i stwierdzenie faktów, bez uciekania przed prawdą jest miejscem startowym do zmiany. Bo jak mam zacząć projektować swoje życie na nowo, jeśli w ogóle nim nie żyję? 

Przyjmijmy, że już jesteś w tym punkcie. Połączona/y z prawdą o sobie i swoim życiu, twarzą w twarz ze świadomością co działa, co działa średnio, a co jest u Ciebie katastrofą. Widzisz dokładnie, że ten dębowy stół jest dla Ciebie bez sensu, może nawet już go oddałaś przyjaciółce. Z tego miejsca możesz zacząć zastanawiać się: czego chcesz? 

Jak chcesz, żeby wyglądało Twoje życie zawodowe? Osobiste? Rodzinne? Twoja codzienność? Czego potrzebujesz?

Żeby wiedzieć, czego chcesz, potrzebujesz się skontaktować ze sobą. Usłyszeć siebie, to takie proste i jednocześnie tak trudne, bo przecież większość z nas robi mnóstwo rzeczy, na które wcale nie ma ochoty, ale “tak trzeba/wypada” albo tak jakoś wyszło, bo kiedyś zaczęliśmy i jak odejść po 20 latach z kariery, której wcale nigdy się nie chciało? Wiem, że to nie jest takie proste i absolutnie nie zachęcam Cię do rzucania pracy, rozwodów, sprzedawania domu i wyjazdu do Toskanii. Ani trochę! Wręcz przeciwnie, chcę Ci powiedzieć, że zmiana jest możliwa i że może być taka, jak chcesz. Małymi krokami, centymetr po centymetrze możesz zaprojektować sobie nowe, wspaniałe życie. 

Zacznij praktykować słyszenie siebie. Pisanie dziennika szalenie w tym pomaga! Bycie w ciszy w swoim ciele też, taka prosta rzecz jak położenie się, oddychanie i po prostu czucie swojego brzucha. Zadawanie sobie pytania i wsłuchiwanie się w odpowiedź w sprawie prostych rzeczy: co chcesz dziś zjeść? Który sweter chcesz założyć? Co chcesz robić dziś wieczorem? Im bardziej będziesz siebie słuchać, tym szybciej będziesz zauważać, jak wiele rzeczy robić z automatu: przyzwyczajenia albo bo robią tak inni albo kompulsywnie, czyli żeby nie czuć niekomfortowych emocji. 

Zacznij wybierać to, co jest dla Ciebie dobre, co Ci służy i Cię wspiera. W każdej kategorii. 

Jakimi ludźmi się otaczasz? Znasz to powiedzenie o wronach i krakaniu jak one? Dokładnie. Stajesz się tym, z kim spędzasz czas. 

Czym się karmisz? W każdym sensie: co jesz ale też jakie “spożywasz” treści? Czego słuchasz, co oglądasz? Jeśli jesz przetworzone jedzenie, oglądasz telewizję, to zaśmiecasz swoje ciało, swojego ducha, swój umysł. Jesteś tym, co jesz, tym, co czytasz, co oglądasz.

Jak do siebie mówisz? Z miłością, z czułością? Czy agresywnie, wymagająco?

Jak dbasz o swoje ciało? Emocje? Ducha? Co dla nich robisz? Czy wybierasz dla nich to, co jest dobre, karmiące, co Cię służy i Cię wspiera? Powtarzam to drugi raz, ale tylko dlatego, że to naprawdę ważne!!! Jeśli ty nie zaczniesz o siebie dbać i dawać sobie wszystkiego, co najlepsze, to jakim cudem ktoś inny ma to zrobić? Twoje marzenia zostaną spełnione, jeśli przygotujesz dla nich grunt. 

Manifestacja jest w pełni możliwa, kiedy to, czego pragniesz jest związane z tym, kim naprawdę jesteś, z Twoją esencją, Twoją naturą. Jak masz więc wiedzieć, czego chcesz, jeśli nie wiesz kim jesteś głęboko w środku? Może Ci się wydawać, że chcesz tego, co inni ludzie albo tego, co jest reklamowane, co w społeczeństwie, w którym żyjesz jest w mainstreamie. Możesz też nadal być przywiązana/y do marzeń z przeszłości, które dawno się zdezaktualizowały, ale nie miałaś/łeś szansy tego zauważyć, bo rzadko sam/a siebie pytasz czego chcesz. Marzenia zmieniają się razem z nami, znaczna większość z nich, więc jeśli dawno nie sprawdzałaś/łeś, co Ci w duszy gra, to być może nawet nie wiesz, że pragniesz już czegoś kompletnie innego i może się okazać, że drabina, po której się wspinasz stoi przy złej ścianie!

Poznawanie siebie, spędzanie ze sobą czasu, dawanie sobie tego, czego potrzebujesz jest w moim doświadczeniu fantastyczną ścieżką do projektowania życia, bo z tego miejsca jest już bardzo łatwo. Po prostu piszesz to, czego pragniesz. Zapisujesz. To ten etap, kiedy zamawiasz u stolarza stół. Określasz w miarę dokładnie, czego potrzebujesz, ale bez przesady, pamiętasz moją opowieść o drewnie z Kostaryki i sękach?! Więc zamawiasz stół. 

I potem codziennie siadasz, zamykasz oczy i prosisz, z radością, ale bez presji. Z wdzięcznością, że to się już dzieje, tak jak jakbyś mówił/a do stolarza “ach, dziękuję Ci, że pracujesz już nad moim stołem!”. Nie dopytujesz, kiedy będzie gotowy, nie żądasz terminu, bo ufasz, że stolarz dostarczy Ci stół w najlepszym dla Ciebie momencie. I wtedy, gwarantuję Ci, to się wydarzy.

Za czym tęsknisz?

Piszę do Ciebie z lotniska. Siedzę w poczekalni, mój lot jest opóźniony o dwie godziny, a ja oglądam spektakularny zachód słońca. Dawno nie widziałam tak niesamowitego. I dawno nie oglądałam zachodu słońca w ogóle. Mieszkam od pół roku znowu w mieście, na dodatek na parterze i niestety zachody słońca mi umykają. Teraz, kiedy widzę ten absolutnie niesamowity, czuję jak bardzo za nimi tęsknię. 

Wczoraj wieczorem, podczas spotkania na zoomie programu Wszystkie Twoje Notesy, zaprosiłam uczestniczki do podróży w głąb siebie. Włączyłam moją ulubioną muzykę do takiego podróżowania i poprosiłam je, żeby usiadły wygodnie albo się położyły i zamknęły oczy. 

Powiedziałam im, powiedziałam każdej z nich “Jesteś wystarczająca”. “Zrób wydech do tego zdania i powiedz sobie “Jestem wystarczająca””. Oddychałyśmy w ciszy, dając sobie czas na rozluźnienie i miłość, a kiedy zobaczyłam, że ich ramiona trochę opadły, poprosiłam, żeby powoli otworzyły oczy i sięgnęły po swoje notesy. Zadałam im pierwsze pytanie i dałam czas na odpowiedź.

Jak się czujesz, kiedy myślisz o swojej twórczości?

Kiedy zobaczyłam, że skończyły pisać, zadałam kolejne pytanie i znów dałam im czas. Zrobiłam tak jeszcze z czterema pytaniami i wiem, że ten proces był dla nich poruszający. Dlatego chciałabym je zadać też Tobie. Może znajdziesz 15-30 minut, żeby siąść w ciszy albo z muzyką, bez telefonu, zapalić świeczkę i mieć chwilę dla siebie? Mam dla Ciebie takie pytanie:

Jak się czujesz, kiedy myślisz o swojej twórczości?

Jakim krajobrazem/kolorem jest twoja twórczość?

Za czym najbardziej tęsknisz w swojej twórczości? To nie musi być robienie czegoś, ale też uczucia, stan emocjonalny. Przypomnij sobie swoją twórczość w przeszłości i poszukaj też tam tego, za czym tęsknisz. Ale może też tęsknisz za czymś, czego nigdy nie doświadczyłaś/łeś.

Jaką część siebie/swojego życia chciałabyś eksplorować twórczo?

Czy przychodzi ci pomysł za pomocą jakiego medium chciałabyś to zrobić? czy może pisanie/malowanie/rysowanie/taniec/fotografia lub coś jeszcze?

Jak się czujesz, kiedy wybierasz siebie?

Pisanie odpowiedzi na dobre pytania to taka wspaniała praktyka! Ja ją uwielbiam i robię często dla siebie i zapraszam do niej właściwie na każdym moim warsztacie, wyjeździe, w programie. To jest naprawdę pełne mocy narzędzie, dzięki któremu nie tylko dajemy sobie czas i uwagę, ale też docieramy do miejsc, zrozumień i refleksji, do których być może inaczej byśmy nie dotarli. 

Bo może nie wiesz, za czym tęsknisz, odczuwasz tylko od czasu do czasu rodzaj pustki, braku, ale nie wiesz właściwie o co Ci chodzi, a ponieważ to uczucie wcale nie jest przyjemne, to robisz coś, żeby je zagłuszyć, np. sięgasz po telefon albo włączasz serial albo szukasz czegoś do jedzenia. Wszyscy to robimy. Wszyscy bezustannie robimy coś, żeby nie czuć pustki, bólu, dyskomfortu i tęsknoty. I wcale się temu nie dziwię, ja też to robię, bo niby po co mam czuć się źle? Ale wiesz co odkryłam? Że jeśli przyjrzę się, dajmy na to, tej tęsknocie, po prostu z nią na chwilę usiądę i dowiem się za czym tęsknię, to być może będę w stanie to sobie jakoś zapewnić. Świadomość, czego dotyczy moja tęsknota daje mi szansę na jej ukojenie. I zamiast robić sobie kolejną kanapkę mogę napisać małe opowiadanko albo namalować dwie szaroniebieskie chmury. I potem jest mi jakoś lepiej, cieplej, tak, jakbym założyła miękki sweter. 

Ściskam Cię bardzo ciepło i trzymam kciuki za Twoją podróż w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie: Za czym tęsknisz?

Odkryj w sobie pisarza

Wierzę w twórczą moc każdego człowieka. Przekonałam się na własnej skórze i będąc przewodnikiem w pisaniu dla innych, że twórczość nosimy w sobie. Mamy potencjał do pisania, malowania, rysowania, rzeźbienia, szycia, tworzenia muzyki… Niestety żyjemy w społeczeństwie, które nie wspiera twórczego rozwoju. Nie wiem, jak jest teraz, mam nadzieję, że lepiej, ale kiedy ja chodziłam do szkoły, lekcje plastyki i muzyki to był żart. Zresztą polskiego czy historii też… Miałam szczęście w podstawówce – polski z ciekawą nauczycielką, która za każdym razem, kiedy zadawała nam wypracowanie dawała temat piąty – “twórczy”. Jak możesz się domyślić, zawsze go wybierałam, więc niewiele było w moim zeszycie rozprawek, charakterystyk czy analiz wiersza. Ale wiem, że większość z osób nie miała tyle szczęścia. Moje lekcje polskiego w liceum też zresztą były bardzo nudne, sztampowe i nie miały nic wspólnego z czytaniem literatury z ciekawością, o pisaniu nie wspominając. 

Wychowałam się w domu pełnym książek i to mnie uratowało. Moja mama ma ogromną bibliotekę polskiej i powszechnej literatury, albumów sztuki, słowników, kiedy miałam może z 10 lat z podróży przywiozła plakat Chagalla. Wisi u moich rodziców do dziś. Pamiętam, jak oglądałam z wypiekami na twarzy pornograficzne rysunki Schulza, jak przeglądałam tomy encyklopedii “Świat sztuki” i gapiłam się na greckie wazy, jak chodziłam do pokoju mamy szukając “czegoś do czytania”, ona wyciągała dla mnie propozycje, a ja oczywiście je odrzucałam i czytałam tylko to, co wyszperałam sama. Mój tato też czytał, książki historyczne, reportaże, opowiadania… tonął w Wańkowiczu. Czytaliśmy wszyscy, graliśmy w różne gry, czasami chodziliśmy do kina, robiłam z moimi rodzeństwem teatr pełną gębą – mogę powiedzieć, że bardzo dużo konsumowaliśmy sztuki i to było wspaniałe. Ale mało jej tworzyliśmy i świadoma twórczość przyszła do mnie znacznie później. 

Zostałam redaktorką trochę przez przypadek, bo nawet nie wiedziałam, że jest taka praca. Raczej chciałam być dziennikarką, felietonistką, a wcześniej adwokatem albo bibliotekarką. Od momentu, kiedy zaczęłam wspierać innych w pisaniu minęło już bardzo wiele lat, w końcu kilka lat temu, zaczęłam na poważnie pisać sama. Przez te wszystkie lata odkryłam mnóstwo rzeczy na temat twórczości i procesu twórczego i moja praca zmieniła się wielokrotnie, bo przecież cały czas wzbogacam ją o to, czego się uczę i jak się rozwijam. Już jakiś czas temu zauważyłam, że naprawdę każdy ma w sobie twórczy potencjał. Mamy smykałkę do różnych rzeczy – ktoś z wielką łatwością zrobi stół, inna osoba od dziecka będzie piekła, a ktoś raz dwa napisze wspaniałe opowiadanie. Tak już jest, że coś nam przychodzi łatwiej, coś trudniej, bardzo wielu rzeczy możemy się nauczyć (pisania też, bo to praktyczna umiejętność jak wiele innych), ale każdy, KAŻDY ma w sobie artystyczny kawałek. Pytanie tylko do jakiej sztuki najbardziej go ciągnie i czy odnajdzie w sobie to ziarenko i będzie je podlewać?

Na podstawie ponad 10 lat doświadczenia pracy z pisarzami aspirującymi i zawodowymi napisałam ebooka “Odkryj w sobie pisarza”. To przewodnik po Twoim wewnętrznym świecie – zabieram Cię za rękę i pokazuję Ci krok po krok jak możesz spotkać i poznać lepiej pisarza, który już w Tobie mieszka. To nie jest poradnik o technicznej stronie pisania czy zbiór wiedzy na temat pisarskiego warsztatu. To jest książka, która pomoże Ci zbliżyć się do Twojego pisania, zrozumieć lepiej siebie i Twoją twórczość. Tytuł jest dosłowny – bo w trakcie czytania i odpowiadania na moje pytania (jest ich mnóstwo!) naprawdę odkrywasz w sobie pisarza. Dowiadujesz się jakim jesteś pisarzem, czego potrzebujesz do pisania i co jest dla Ciebie najważniejsze. Kiedy już poznasz swoją pisarską stronę, pisanie stanie się o niebo łatwiejsze! To jak z nowym zwierzęciem domowym – kiedy trafia pod Twój dach, pierwsze dni czy nawet tygodnie mogą być koszmarem, a im bardziej uczysz się jego zwyczajów i potrzeb, tym coraz łatwiej wam się razem żyje, aż w końcu cieszycie się w pełni swoją obecnością. 

Wiem, że mieszka w Tobie wspaniały pisarz. I nie mogę się doczekać, aż w pełni go odkryjesz i zaczniesz cieszyć się pisaniem jeszcze bardziej. 

ODPUSZCZENIE KONTROLI

Poszłam sama na ecstatic dance. Byłam tam już wiele razy, ale zawsze z kimś. Z koleżanką, znajomymi, z partnerem… Z kimś, z kim w trakcie wieczoru mogłam spotkać się na przerwę, pogadać, z kim łapałam kontakt wzrokowy podczas tańczenia. Z kimś kto mniej lub bardziej towarzyszył mi przez cały wieczór. I tym samym stawał się moim punktem odniesienia, bezpiecznym kawałkiem świata, kontekstem. Kotwicą. Dwa tygodnie temu poszłam sama. Oczywiście wiedziałam, że pewnie spotkam tam trochę osób, które znam, ale przyjechałam sama, weszłam sama, sama siadłam przy ognisku i sama poszłam tańczyć. Nie było nikogo, z kim bym się “łapała”, sprawdzała od czasu do czasu co się z tą osobą dzieje. Zamknęłam oczy i tańczyłam sama. 

Zupełnie niespodziewanie okazało się, że to piękne doświadczenie wolności i mojej własnej energii. Bycia nie odpowiedzialną za nikogo, z nikim powiązaną. Osobną w tłumie. Otwartą i jednocześnie zanurzoną w sobie. Taniec zabrał mnie znacznie głębiej niż zazwyczaj. Podróżowałam w swoim ciele, w kosmosie, w moim umyśle. Pozwoliłam sobie płynąć bez żadnych ograniczeń. 

Następnego dnia rano siedziałam na balkonie i pisałam w dzienniku o tym doświadczeniu. Zaczęłam się zastanawiać, dlaczego nie podróżowałam tak daleko i głęboko, kiedy kilka dni wcześniej byłam w tym samym miejscu z koleżanką. Odpowiedź pojawiła się szybko: bo część mnie była zajęta sprawdzaniem, gdzie ona jest, czy wszystko w porządku. Część mnie była zajęta kontrolą. Kiedy byłam tam sama, odpuściłam zupełnie kontrolę. 

Czy to nie fascynujące, że w zasadzie ciągle coś kontrolujemy? Nawet która jest godzina! Noszenie zegarka to przecież kontrola. Sprawdzanie telefonu już na maksa. Skąd ta potrzeba? Dlaczego potrzebujemy mieć ciągłą kontrolę nad rzeczywistością? Przecież nie jesteśmy w stanie zagrożenia… Od kilku lat uczę się po prostoty bycia, odpuszczania kontroli, poddawania się temu, co się wydarza. Oczywiście nie da się tak żyć w 100%, zwłaszcza, jeśli się pracuje zawodowo, ale przecież praca to kilka godzin dziennie, a potem można odpuścić. Nawet jeśli ktoś ma bardzo dużo obowiązków, to zawsze jest w końcu moment, kiedy już nie musimy niczego kontrolować. Ale często wcale z niego nie korzystamy. Wręcz przeciwnie, kontrolujemy jeszcze bardziej… 

Widzę jak odpuszczenie kontroli działa na moją twórczość. Jak górska woda dla wysuszonych roślin. Odżywia, wpuszcza życie. Kiedy jestem w stanie kontroli, bardzo trudno jest mi tworzyć, bo natychmiast oceniam wszystko, co stworzyłam. Mogę przestać oceniać i poddać się fali twórczości tylko kiedy przestaję kontrolować. 

Jak jest dla Ciebie? Czy umiesz nie kontrolować chociaż przez jakiś czas? Czy umiesz pójść na spacer bez zegarka i telefonu? Czy chcesz odżywić swoją twórczość?