Archiwa jak napisać książkę - Maria Kula

Literatura jest jak lustro

Z tekstem można zrobić to samo co z życiem – napisałam w moim ostatnim newsletterze i mój tekst był tego przykładem. Tak widzę literaturę – jako lustro rzeczywistości, odbicie tego, co jest i kim jesteśmy my. Lustra bywają różne. Bardzo różne. I można wybierać, co się w nich pokazuje. Można pokazać czyjeś życie w Big Brotherze, gdzie wszędzie są lustra, a można kręcić dokument w jednym małym lusterku, w którym widać pół sypialni i kawałek wejścia do łazienki. Można napisać czyjąś biografię minuta po minucie, a można opublikować jego dziennik, w którym codziennie opublikował jedno zdanie. 

Jakie lustra interesują Ciebie? Jak ty chcesz pisać i czym dla Ciebie jest literatura? 

Czy myślisz, że jest fantazją, odskocznią od rzeczywistości, miejscem do którego, można uciec i doskonale się bawić albo odpocząć?

A może jest dla Ciebie snuciem opowieści, którą przynoszą ciepło, coś miłego, są jak kawałek ciasta biszkoptowego i ciepły uścisk przyjaciółki?

A może chcesz, żeby literatura dostarczała Ci wrażeń, przyspieszała bicie serca i powodowała, że nie możesz oderwać się od książki?

A może myślisz, że jej najważniejszym zadaniem jest jednak coś ważnego przekazać, pozwolić na jakieś odkrycie, zrozumienie, pokazanie komuś czegoś z innej, nowej perspektywy?

A może to wszystko w ogóle Cię nie obchodzi, tylko chcesz pisać swoją książkę, bo po prostu to lubisz robić?

Ja mogłabym się podpisać pod wszystkimi tymi punktami. Chcę tego wszystkiego i co więcej – chcę tego wszystkiego naraz! Wiem, to dość grube wymaganie i możesz się teraz śmiać, bo przecież nie ma takich książek! Ale to zupełnie nieprawda, bo są. Na przykład “Szkarłatny płatek i biały” – kostiumowa powieść z piętrową i mistrzowską metanarracją o niesamowicie seksownej prostytutce Sugar, XIW-wiecznej Angli, realiach społecznych i chorej na neurozę żonie jej głównego klienta, który postanawia wziąć ją do domu, wszystko w nabrzmiałej atmosferze przepełnionej humorem. Da się? Da się. Taka literatura mnie kręci. I to nie znaczy, że nie czytam prostszych książek, oczywiście, że czytam i też uwielbiam (np. nowe tłumaczenie “Ani z Zielonego Wzgórza”, która zresztą wcale taka prosta nie jest! Czytam drugi tom, mam trzy, jak skończę, to napiszę o wszystkich). 

Kocham literaturę za jej umiejętność, możliwość pokazania mi świata i postawienia mi lustra. Przeglądam się w Ani Shirley i w Sugar, przeglądam się we Frodo i w Gandalfie. Przeglądam się w Golumie. 

Taką literaturę też chcę pisać, chociaż wiem, jak to brzmi: niesamowicie arogancko. Może i tak. A może po prostu nie boję się marzyć i dawać z siebie wszystko? I może jeszcze bardziej arogancko zabrzmię, kiedy powiem: ty Też możesz pisać taką literaturę. To wymaga pracy. I przyglądania się sobie w wielu wielu lustrach. Również w tych bardzo brzydkich skąd wygląda do nas Golum. Ale można to potraktować jako wizytę w parku rozrywek albo po prostu kawałek życia, w którym decydujemy się zacząć siebie widzieć i słyszeć bardziej. 

Pisanie to dla mnie podróż w wielu kierunkach naraz. Może być wstecz, kiedy chcesz opowiadać mniej lub bardziej wprost o swoich doświadczeniach z przeszłości, może być wzdłuż, kiedy zastanawiasz się nad alternatywną rzeczywistością, nad tym co by było gdyby albo kim jesteś w zupełnie innym świecie. To może być też podróż do innego świata, kiedy podróżujesz ze swoimi bohaterami w czasie i przestrzeni, piszesz powieści dziejące się na innych kontynentach albo w zupełnie innych, niż współczesne Tobie, czasy. Możesz też podróżować w przyszłość – całkowicie dosłownie, pisząc sf! Albo w swoją przyszłość, wymarzoną a może taką, której potencjalnie się obawiasz? 

I czym innym są te podróże jeśli nie lustrami? 

Kiedy piszesz albo czytasz o innym świecie, to zawsze jest tam jakiś kawałek o Tobie, inaczej przecież w ogóle by Cię to nie interesowało. Jak patrzysz na literaturę? Czy i jak widzisz w niej swoje odbicie? 

MOŻESZ PISAĆ O SOBIE NIEPRAWDĘ

Kilka razy słyszałam opinię od redaktorów z wydawnictw, że nie należy pisać książek o sobie. Wypowiedziane tonem trochę lekceważącym. Rozumiem, skąd ona się bierze – wydawnictwa nie chcę “autora jednej książki”, a to jest częsty przypadek osób piszących o swoim życiu. Wydawnictwo chce dojrzałego pisarza, który napisze wiele książek, a inwestycja w wypromowanie go jako debiutanta się zwróci. To ma sens i jest dla mnie zrozumiałe. Ale jednocześnie nie oznacza, że nie można pisać o sobie. 

Ja widzę pisanie o sobie na dwa sposoby:

Piszę książkę o moim bólu, przeżyciu, doświadczeniu, czymś, co mnie ukształtowało, co mnie definiuje. Napisanie tej książki jest dla mnie terapeutyczne, często przytaczam tam wydarzenia jeden do jeden, boję się, że członkowie rodziny, bliscy, były mąż, dzieci, etc. się rozpoznają i będzie wielka afera. 

W napisaniu takiej książki nie ma absolutnie nic złego, wręcz przeciwnie, moim zdaniem to jest wspaniały pomysł. Napisanie takiej książki przynosi często katharsis, a już na pewno dużą zmianę w procesie uzdrawiania, uwalniania się od przeszłości i zrobienia kroku na przód. Widziałam kobiety, które najpierw musiały napisać książkę o tym jak zostawiają swoich mężów, żeby naprawdę mieć odwagę to zrobić, ale to już zupełnie inny temat. Reasumując – jeśli czujesz, że ciągnie Cię do takiego pisania, nie wahaj się, to może być bardzo ważny moment! 

Jednocześnie pamiętaj, że niekoniecznie taką pozycją będą zainteresowane wydawnictwa. Pamiętaj też, że jest różnica pomiędzy terapeutycznym pisaniem o swoim życiu, a tworzeniem literatury i warto być jej po prostu świadomym. (opowiadałam o tym szczegółowo w tym video: “Najczęstsze błędy w pisaniu powieści o swoim życiu”.

Sposób drugi to traktowanie siebie jako nieustającego źródła inspiracji. Piszę książkę o kimś innym, kogo obdarowuję swoimi emocjami. Czyli używam mojej prawdy na poziomie emocji, ale zmyślam wydarzenia. Albo piszę o prawdziwych wydarzeniach z mojego życia, ale one się przydarzają komuś innemu. Albo piszę o sobie, ale nieprawdę, tworzę wydarzenia, które nigdy w moim życiu nie mają miejsca. Piszę o sobie, ale mam innych rodziców, inną przeszłość, innego męża. Jestem w mojej twórczości grubsza, chudsza, lepsza, ładniejsza, wygrywam w totka, jestem znaną pisarską, wyjeżdżam do Toskanii. 

Możesz zrobić absolutnie wszystko. Często osoby, które trochę bazują na swoim życiu pytają mnie: ale to ja mogę napisać nieprawdę? Możesz, na 100% możesz, bo piszesz literaturę, a nie reportaż. Nie możesz napisać nieprawdy, kiedy piszesz tekst dziennikarski, reporterski np. o kimś – wtedy nie możesz zmyślać ani łączyć zdarzeń. Takie gatunki opierają się na faktach, a zadaniem autora jest prawdy dociekać. Ale jeśli piszesz fikcję – czy to jest powieść, czy stylizowane wspomnienia lub dziennik – możesz wszystko. Jeśli ktoś Ci będzie zadawał pytania “czy to jest prawda?”, to Twoim wyborem jest czy odpowiesz czy nie. Nie musisz odpowiadać! Nie musisz absolutnie nikomu się zwierzać z tego co i ile w Twojej powieści jest prawdą, a co nie jest. To jest tylko Twoja sprawa. Niektórzy autorzy opowiadają otwarcie ile jest prawdy w ich powieściach, ale nie wszyscy to robię i moim zdaniem każdy ma prawo zadecydować o sobie. 

Drugi sposób pisania jest dla mnie bardziej otwarty, bo ilość historii do opowiedzenia nigdy się nie kończy. Oczywiście może się zdarzyć, że odejdziesz tak daleko od siebie w “nieprawdę”, że to już nie będzie o Tobie. Często trudny jest dla początkujących pisarzy moment, kiedy bohater jest trochę nim, a trochę nie jest. Gubią się, bo założyli, że będzie do nich podobny, a potem odpływa i nagle nie wiadomo już kim jest. W takim momencie doradzałabym przyjrzenie się bohaterowi i świadome zauważenie, zanotowanie, w czym jest do mnie podobny, a w czym nie. Może okaże się, że to taka moja “siostra bliźniaczka”? A może tylko ktoś, kto miał takie same doświadczenia, ale inaczej na nie zareagował i inaczej potoczyło się jego życie. 

Dla mnie ocean możliwości to magia literatury. Nie ma opowieści, której nie możesz napisać. Każda opowieść jest dla Ciebie dostępna, kiedy rozejrzysz się dobrze, to cała Twoja rzeczywistość jest nimi wypełniona, jak migoczącymi punktami, które wibrują w powietrzu aż po horyzont. 

Pierścionek mojej babci

Kiedy moja babcia zmarła, moja mama otworzyła szafę i pokazała mi kilka zdjęć, mogłam sobie wybrać na pamiątkę po niej co chciałam. Przyciągnął mnie od razu pierścionek, z dużym zielonym oczkiem. Wyglądał tanio, na szybko uznałam, że to jakiś plastik, pewnie z odpustu (bo moja babcia była biedna i religijna), ale to nie ma dla mnie znaczenia, noszę czasami biżuterię z kiosku. Na dodatek to mały przedmiot, bezproblemowy, co ma znacznie kiedy się człowiek często przeprowadza i to jeszcze na ogół na różne końce świata (podobały mi się bardzo kredens i toaletka, no ale nie wchodziły w grę, raczej nie spakuję ich do walizki). Zabrałam go i schowałam do metalowego pudełka po ciastkach (spod hali targowej w Krakowie, uwielbiam ten targ staroci), gdzie trzymam biżuterię, bo był na mnie trochę za duży. Leżał tam kilka lat, nie wiem, może 3 może 5. 

W ostatnie lato, kiedy grzebałam w moich schowanych na strychu rzeczach, natknęłam się na niego i przyjrzałam mu się w wątłym zakurzonym świetle. 

Nadal był za duży. 

Ale zachciało mi się go nosić, więc wsunęłam do kieszeni spódnicy, a potem schowałam do małego drewnianego pudełeczka z Kaszmiru, w którym przechowuję biżuterię podróżującą ze mną. 

Dojechał na Bali, został wypakowany w nowym domu, dostało mu się miejsce na rączce z mosiądzu, na kciuku, kamień opierał się na środku malutkiej dłoni. Czasami na niego patrzyłam, raz czy dwa założyłam go do turkusowej sukienki. 

Kiedy w grudniu jechałam do Indii, spakowałam bardzo mało biżuterii, ale jego też  wrzuciłam do małego woreczka z kremowego lnu. 

W Indiach zaczęłam go nosić natychmiast i cały czas. Codziennie rano zakładałam go razem z moich ulubionym pierścionkiem z kwiatem życia, przyzwyczaiłam się do jego obecności na serdecznym palcu mojej prawej dłoni. Polubiłam powolne obracanie go kciukiem (bo przecież jest za duży, więc bardzo łatwo się kręci). Siedział tam sobie i chodził ze mną ulicami, jadł samosy, pił czaj, patrzył na orły, pływał w oceanie i chłodził się w rzece. 

Sprawiało mi przyjemność, że jest ze mną w takich miejscach, podróżuje, że moja babcia, która chyba nigdy nie wyjechała z Polski (może do Bułgarii na wczasy w latach 70.? nie sądzę), może teraz patrzeć na mnie i jej pierścionek zwiedza ze mną tak egzotyczny dla niej świat. 

Któregoś wieczora szwendałam się główną ulicą, od niechcenia oglądając stragany i zatrzymałam się przy szklanej gablocie z biżuterią z Kaszmiru. Podobał mi się pierścionek z różowym kwarcem, z ciepłożółtego mosiądzu. 

– Chcesz go obejrzeć? Poczekaj, otworzę – sprzedawca z zaskakująco małym nosem nachylił się i zaczął otwierać gablotę. Skrzypnęło.

– Skąd jesteś? – przyglądałam się jego gładko ogolonym policzkom i mocnej sylwetce.

– Z Kaszmiru – spojrzałam na mnie z uśmiechem i poprawił kołnierzyk granatowej koszuli. 

– Naprawdę? To gdzie jest twój duży nos? – mrugnęłam okiem, a on się roześmiał. Już wiedziałam, że na pierścionek dostanę zniżkę. 

Gablota stała otworem. Sięgnęłam po mnące się perliście różowe cudo i zdjęłam pierścionek babci, żeby przymierzyć nowy. Miał idealny rozmiar. 

– Piękny jadeit – sprzedawca stał blisko, czułam zapach jego wody kolońskiej – mogę zobaczyć?

– Oczywiście, proszę, ale to chyba nie jest jadeit, to tani pierścionek po mojej babci – podałam mu go na otwartej dłoni, a on chwycił grubymi palcami. 

– Naturalnie, że to jadeit – przyglądał się z bliska – na dodatek w pięknym różowym złocie.

– Jesteś pewny? – teraz ja też nachyliłam się nad jego dłonią.

– Tak, jeszcze zobaczę pod lupą, ale jestem pewny – zamknął gablotę i ruszył do środka sklepu – jestem jubilerem od czterdziestu lat, a ojciec mnie kształcił od dziecka.

Poszłam za nim zostawiając japonki na schodkach. Siedział już za ladą, pod lupą oglądając pierścionek mojej babci. Wskazał mi głową mały stołeczek. 

– Na sto procent jadeit i różowe złoto, nie ma się nad czym zastanawiać. – podniósł głowę i podał mi pierścionek – na dodatek bardzo pięknie wykonany. 

Dopiero teraz przyjrzałam się rzeczywiście bardzo misternie zrobionym zawijasom koło kamienia. Założyłam go jeszcze raz, uroczyście i na nowo, czując jakby z hukiem gdzieś otworzyły się drzwi. 

Wieczorem napisałam do mojej mamy z pytaniem, jakim cudem babcię stać było na złoty pierścionek z jadeitem, ale to już zupełnie inna historia. A czemu opowiadam Ci tą? Bo jest dla mnie o tym, że często rzeczy nie są tym, czym nam się wydaje. I o tym, że wszędzie, absolutnie wszędzie są historie, które cały czas się dzieją, a my nie mamy o nich pojęcia. 

Jak piszesz o swoim życiu

Obejrzałam ostatnio bardzo interesujące krótkie video z Davidem Vannem. Opowiada o tym jak swoje życie przepisuje w książkach, w jaki sposób pracuje na swoich osobistych doświadczeniach zmieniając je w literaturę. Zaznacza różnicę między pisaniem autoterapeutycznym a pisaniem literatury podkreślając, że to pierwsze może być wspaniałym sposobem na poradzenie sobie z przeszłością, ale ma inną funkcję i cel niż literatura piękna. 

Wypowiedź pisarza jest dla mnie super ciekawa z dwóch powodów – ostatnio przeczytałam “Komodo” i zachwyciłam się jego twórczością, a wcześniej miałam sporą refleksję i rozmowę z Martą Marecką i Joanną Nałęcz o tym, że zawsze piszemy z siebie, ale to nie oznacza opowiedzenia swojej historii 1:1 raz. To oznacza przetwarzanie na bardzo różne sposoby, na wiele sposób swoich emocji, przeżyć, tego, co mamy głęboko zakopane i wychodzi z nas tylko zakryte cienkim filtrem tworzenia sztuki. Zawsze wiedziałam, że nie da się pisać nie o sobie i nie z siebie (oczywiście mówię o twórczości, nie o mechanicznym produkowaniu tekstów według wzorca, gdzie podstawiane są kolejne kartonowe postacie), ale niedawno to poczułam i jeszcze głębiej zrozumiałam. Fascynuje mnie połączenie pomiędzy naszą głębią, zarówno świadomą i jak nie i tym, co piszemy. W jaki kostium, scenografię, wydarzenia ubieramy konflikty, zarówno te wielkie jak i mikroskopijne czające się w naszych sercach i brzuchach. To trochę tak jak linie papilarne – nie ma dwóch takich samych, są naszym najbardziej osobistym, niezmywalnym śladem, a jednocześnie nie da się ich bezpośrednio czytać, zobaczyć, nie są widoczne od razu. David Vann napisał już ponad 10 książek i dużo opowiada w wywiadach skąd zaczerpnął motywy, emocje, wydarzenia i postacie. Wyraźnie można usłyszeć, że nie chodzi o pisanie pamiętnika i opowiadanie swojego życia w skali 1:1, tylko o potraktowanie go jako niesamowitej bazy do tworzenia czegoś więcej. Do przetwarzania. 

Wspomniane video zaczyna się od słów “Myślę, że kiedy czytelnik zna prawdziwą historię w tle opowieści, to zmienia to jego czytanie”. Jak całkowicie inne jest to podejście od częstego strachu, który towarzyszy pisarzom “czy ktoś się domyśli?”, “czy mogę napisać o moim byłym mężu?”, “czy rodzina mnie wykluczy?”. Wielokrotnie spotkałam się z początkującymi pisarzami, którzy najbardziej skupiają się na tym jak wystarczająco dobrze ukryć prawdę. Dlaczego tak wstydzimy się swoich przeżyć? Nie mam odpowiedzi na to pytanie, ale czuję się ogromnie zainspirowana Davidem Vannem i na pewno coś jeszcze z tego wyniknie. Jeśli znasz polskiego pisarza, pisarkę, którzy podobnie jak Vann opowiadają o tym jak przetwarzają swoje życie, będę Ci bardzo wdzięczna za podesłanie nazwiska. Niżej link do video dla Ciebie – może masz ochotę obejrzeć!

I na zakończenie – David Vann nie mógł znaleźć wydawcy dla swojej pierwszej książki przez 12 lat. Teraz “Legendy o samobójstwie” są międzynarodowym bestsellerem dosłownie obsypanym nagrodami.  

PISARSKI HIT

Rozmawiałam niedawno z przyjaciółką pisarką i obie doszłyśmy do tego samego wniosku: że do pisania najbardziej potrzeba czasu, który nie jest przeznaczony na nic innego i bycia poza domem. 

Obie wróciłyśmy z urlopów i mamy to samo doświadczenie wylewu energii twórczej, pisania z niesamowitego flow i niewyczerpywalnego źródła pomysłów, słów, kiedy nie jest się w domu i nie zajmuje się niczym poza pisaniem. Wysłałam do Ciebie już mnóstwo listów o tym, czego potrzeba do pisania (no chyba, że jesteś tu nowa/y), w czytelni znajdziesz na ten temat całkiem sporo artykułów (na przykład ten), ale jeszcze nigdy nie byłam tak bardzo przekonana, że najważniejsze są czas i przestrzeń. Wyjazdy pisarskie, odosobnienia, rezydencje artystyczne, mają teraz dla mnie jeszcze więcej sensu, jeszcze bardziej jestem absolutnie przekonana o ich cudownych i niesamowitych właściwościach. A najlepsze jest to, że jeśli nie chcesz jechać na zorganizowany wyjazd z grupą, możesz to zrobić sam/a. To słabe marketingowo, ale nigdy nie byłam dobra w sprzedawaniu, więc nie będę ci wciskać, że musisz jechać na wyjazd ze mną. To jest spore ułatwienie, masz wszystko gotowe i do tego masz super ważną rzecz – mentora, który Ci pomoże i wskaże kierunek, odpowie na pytania i grupę, która Cię wesprze. Ale może nie potrzebujesz mentora, nie znosisz być w grupie albo termin ci nie odpowiada albo mieszkasz za daleko od Polski – jeśli nie chcesz albo nie możesz pojechać na wyjazd ze mną, możesz naprawdę zrobić sobie pisarskie odosobnienie dla siebie. Nie musi być daleko. Może Twoja przyjaciółka wyjeżdża na wakacje i zostawi ci klucze do swojego mieszkania w innej dzielnicy? To już wystarczy, uwierz mi, jeśli będziesz na urlopie i postanowisz zadedykować czas swojemu pisaniu, to szansa, że będziesz pisać dużo jest naprawdę spora. 

To jest mój najnowszy, absolutny hit pisarski. Bardzo prosty, nie potrzebujesz magii. Wszystko w Twoich rękach. 

Kiedy rozjeżdżają się ściany, czyli o pisaniu powieści.

Piszę do Ciebie z lasu. Wyprowadziłam się z Krakowa, nie wiem czy jeszcze tam wrócę. Czuję, że nie chcę mieszkać już w mieście. Z każdym dniem czuję się coraz bardziej połączona z naturą i coraz bardziej czerpię z niej siłę. Pracuję, siedzę z komputerem w ogrodzie i piszę. Nowe lekcje na kurs 7 kroków do powieści i na Wakacyjne Wyzwanie Pisarskie. Sprawia mi to ogromną radość, jaką dawno nie sprawiało mi zapisywanie moich myśli. 

Chciałabym Ci opowiedzieć parę słów o kursie powieściowym, a raczej o tym jak reagują na niego uczestnicy, co jest dla nich trudne i zaskakujące. Dostałam kilka odpowiedzi, ktoś też napisał na facebooku, że nie spodziewał się, że to tyle pracy. Że to jednak trudniejsze niż myślał, że jest trochę załamany. No tak, myślę sobie, wcale mnie to nie dziwi… Bo z jakiegoś powodu dość powszechnie panuje przekonanie, że do napisania książki (wcale nie tylko powieści) potrzebne jest tylko natchnienie. I może odrobina wolnego czasu. A poza tym nic, tak się siada i wylewa z siebie piękne zdania z frazą jak wczesna Joanna Bator, bohaterami prosto z Twardocha i mądrością Tokarczuk. Otóż niestety nie bardzo. Może komuś tak się zdarza, może ktoś tak umie. Ale jeśli tej jednej osobie na milion tak się zdarzy, to ja jej raczej nie poznam, bo takie osoby nie potrzebują przecież kursu pisania, bo po prostu siadają i piszą! 

Wydaje mi się, że już tyle razy o tym pisałam, ale powiem jeszcze raz: pisanie książki to jest praca. Dla jednych ciężka, dla drugich nie. Może być szalenie przyjemna. Może dawać mnóstwo radości i satysfakcji. Ale to jest duży projekt, który trzeba zaplanować, rozłożyć na kawałki, zastanowić się co po kolei. 

Pisanie książki jest jak budowanie domu. Jeśli nigdy w życiu nie wbiłam ani jednego gwoździa i wyjdę na polankę w słoneczny dzień i powiem z werwą „dobra, super, no to jedziemy z koksem, zaczynam budować dom!”, zacznę znosić deski, piłować je na chybił trafił, potem je przybijać w kształt ściany, dopasuję drugą ścianę, będzie troszkę nierówna, ale się tym nie przejmę, nierówną wysokością też nie, bo o suficie pomyślę potem, teraz nie czas no i co tam, jeden róg, to żaden problem, potem postawię ścianę z drugiej strony, w międzyczasie będą deszcze, więc to zostawię na 3 tygodnie, jak wrócę to połowa desek będzie zapleśniała, bo zapomniałam przykryć, ale wywalę i wezmę nowe, i potem jak będę chciała wstawić czwartą ścianę, ale okaże się, że jednak tamte rogi nie miały po 90 stopni, tylko jeden 103, a drugi 86, więc ta czwarta ściana w ogóle się nie styka i jest jakiś dramat i ja wtedy się załamię, że czemu ten dom mi w ogóle nie wychodzi, przecież miałam TAKIE OGROMNE natchnienie żeby go zbudować, to co mi wtedy powiesz? Bo wiesz, co robi większość osób w takiej sytuacji ze swoją książką? Zostawia ten dom, idzie na kolejną polankę i zaczyna od nowa, tylko teraz od podłogi, bo pewnie tym razem się uda. A jak się nie udaje, to się załamują, uznają, że nie mają talentu do budowania domów. Chyba nie muszę Ci więcej tłumaczyć?

Jeśli więc chcesz napisać książkę, to pomyśl, że to jak budowa domu. I że warto by było jednak najpierw się nauczyć równo piłować deski. I dowiedzieć się co się robi po kolei, to może być bardzo przydatne!

Wydaje mi się, że pisałam już, że w najbliższym sezonie jesienno-zimowym nie będzie Szkoły Pisania Powieści. Myślę nad zrobieniem jej latem, ale nie wiem czy to będzie w Krakowie. Jeśli chcesz się uczyć ode mnie jak napisać powieść, już teraz zapraszam Cię na kolejną edycję 7 kroków, kurs początkujący powtórzę jeszcze raz jesienią i wtedy też zaproszę Cię na poziom 2 🙂 Szykuj się więc na wczesną jesień, planuj swój czas na pisanie!

A teraz życzę Ci dalszego wspaniałego lata.