Archiwa motywacja - Strona 2 z 8 - Maria Kula

PISARSKI HIT

Rozmawiałam niedawno z przyjaciółką pisarką i obie doszłyśmy do tego samego wniosku: że do pisania najbardziej potrzeba czasu, który nie jest przeznaczony na nic innego i bycia poza domem. 

Obie wróciłyśmy z urlopów i mamy to samo doświadczenie wylewu energii twórczej, pisania z niesamowitego flow i niewyczerpywalnego źródła pomysłów, słów, kiedy nie jest się w domu i nie zajmuje się niczym poza pisaniem. Wysłałam do Ciebie już mnóstwo listów o tym, czego potrzeba do pisania (no chyba, że jesteś tu nowa/y), w czytelni znajdziesz na ten temat całkiem sporo artykułów (na przykład ten), ale jeszcze nigdy nie byłam tak bardzo przekonana, że najważniejsze są czas i przestrzeń. Wyjazdy pisarskie, odosobnienia, rezydencje artystyczne, mają teraz dla mnie jeszcze więcej sensu, jeszcze bardziej jestem absolutnie przekonana o ich cudownych i niesamowitych właściwościach. A najlepsze jest to, że jeśli nie chcesz jechać na zorganizowany wyjazd z grupą, możesz to zrobić sam/a. To słabe marketingowo, ale nigdy nie byłam dobra w sprzedawaniu, więc nie będę ci wciskać, że musisz jechać na wyjazd ze mną. To jest spore ułatwienie, masz wszystko gotowe i do tego masz super ważną rzecz – mentora, który Ci pomoże i wskaże kierunek, odpowie na pytania i grupę, która Cię wesprze. Ale może nie potrzebujesz mentora, nie znosisz być w grupie albo termin ci nie odpowiada albo mieszkasz za daleko od Polski – jeśli nie chcesz albo nie możesz pojechać na wyjazd ze mną, możesz naprawdę zrobić sobie pisarskie odosobnienie dla siebie. Nie musi być daleko. Może Twoja przyjaciółka wyjeżdża na wakacje i zostawi ci klucze do swojego mieszkania w innej dzielnicy? To już wystarczy, uwierz mi, jeśli będziesz na urlopie i postanowisz zadedykować czas swojemu pisaniu, to szansa, że będziesz pisać dużo jest naprawdę spora. 

To jest mój najnowszy, absolutny hit pisarski. Bardzo prosty, nie potrzebujesz magii. Wszystko w Twoich rękach. 

GRANICE TWOJEGO ŚWIATA

“Na pierwszych stu metrach ścieżki mogło się wydawać, że las jest przepastny, nieskończenie głęboki i pełen tajemnic. Łatwo się zapomniało, że jesienią i zimą dało się dostrzec między gałęziami długie skaliste zbocze, opadające od drogi wokół osiedla, a także pomarańczowy dach jednego z domów. Problemem nie jest to, że świat wyznacza granice wyobraźni, lecz to, że wyobraźnia wyznacza granice świata”.

Przeczytałam ostatnie zdanie tego fragmentu, raz, drugi i trzeci, a potem zrobiłam mu zdjęcie telefonem. Często tak robię z cytatami, które mnie poruszają. Ten dotyka tematu ograniczeń, na który bardzo często rozmawiam. Ze znajomymi, z poznanymi ludźmi, z klientami. Bo moim zdaniem bardzo bardzo wiele ograniczeń (nie wszystkie, ale naprawdę większość), jest tylko w naszej głowie. I kiedy ktoś mówi, że “nie może” zmienić pracy, mieć lepszego życia, mieć więcej czasu na pisanie, czuć się lepiej, robić to, czego naprawdę pragnie, to moim zdaniem to “nie mogę” wynika z tego jak myśli i gdzie sięga jego wyobraźnia. Jak i gdzie jego wyobraźnia wyznacza granice jego świata. 

Może jest to dla Ciebie jasne, a może nigdy się nad tym nie zastanawiałeś/łaś, że to co myślimy i na jak wiele pozawala sobie nasza wyobraźnia wynika w znacznej większości z tego, w jakim środowisku, kulturze, w jakim społeczeństwie zostaliśmy wychowani. Jeśli urodziłam się i dorastałam w kulturze europejskiej, w Polsce, w kraju, gdzie wyznawane są wartości katolickie i na przykład w rodzinie, gdzie najważniejsze jest założenie rodziny i zarabianie pieniędzy, to jest jasne, że mój naturalny system wartości będzie dokładnie taki sam i wszystko, co dla mnie oczywiste i najważniejsze będzie wyrastało właśnie z takich wartości. Ktoś, kto urodził się w kulturze wschodniej, np. W Japonii, nie wychowywał się w chrześcijaństwie i w jego rodzinie największą wartością jest uczciwość i honor, będzie dla mnie całkowitym kosmitą. Jego sposób widzenia świata będzie dla mnie w najlepszym razie szokujący, a w najgorszym zły i nie do przyjęcia. Jeśli urodziłam się w domu, w którym nikt nigdy nie przeczytał żadnej książki, to żeby zacząć czytać i interesować się literaturą, będę potrzebować znacznie więcej wysiłku niż ktoś, kogo rodzice czytają od rana do nocy. To, w czym wyrastałam i co mnie otacza, uznaję za oczywiste. I to jest naturalne. Schody zaczynają się moim zdaniem, kiedy uznaję to za jedyne. Kiedy moja wyobraźnia nie sięga dalej niż przeciętna społeczna w moim mieście. Kiedy myślę, że muszę mieć nudną pracę, bo “wszyscy ją mają”. Kiedy myślę, że nie mogę podróżować, mieszkać w kamperze albo malować wielkich obrazów bez planu co z nimi zrobię, bo przecież nikt inny tak nie robi. “Problemem nie jest to, że świat wyznacza granice wyobraźni, lecz to, że wyobraźnia wyznacza granice świata”. 

Wcale nie twierdzę, że zobaczenie granic mojego świata jest proste, a tym bardziej, że proste jest sprawdzenie co wyznacza te granice i potem ich przesuwanie. Nie, to nie jest proste. Ale jest wspaniałe. Przynosi ogromną radość, taką, którą możesz poczuć, kiedy stoisz na klifie i patrzysz na rozciągający się przed Tobą ocean. 

Fragment pochodzi z 3 tomu powieści “Moja walka” Karla Ove Kaunsågarda

O dojrzałości pisarskiej i mój coming out

W poniedziałek poprowadziłam spotkanie z Witem Szostkiem, o początkach jego kariery pisarskiej, który na moje pytanie czym dla niego jest dojrzałość pisarska i czy czuje się pisarsko dojrzały powiedział, że dojrzały się nie czuje i właściwie nie wie czym taka dojrzałość mogłaby być. A potem, parę pytań później, przyszła odpowiedź: że odwagą do podążania własną ścieżką i niepotrzebowaniem spadochronu w postaci konwencji gatunkowej. Mówił też czym jest dla niego twórczość w ogóle: ciągłym poszukiwaniem. Języka, historii, frazy, odpowiedzi po co i dlaczego każdą historię opowiada. W tym co mówił więcej było pytań niż odpowiedzi. Więcej poszukiwania niż pewności, ciekawości niż oceny. 

Chciałabym pracować z ludźmi, którzy tak widzą twórczość. Którzy nie oczekują ode mnie przepisu na bestseller, tylko pomocy w otwarciu oczu, inspiracji, wsparcia na ścieżce w gęstym lesie jaką jest twórczość. 

Ostatnio dużo myślałam o tym czy ja zadaję wystarczająco dużo pytań. Czy ja mam odwagę podążać własną ścieżką i szukać swoich rozwiązań? Czy mam odwagę otwarcie i szczerze czegoś pragnąć nawet jeśli nie mam pod sobą spadochronu, jeśli nie wiem jak to się skończy, jeśli nikt mi nie zagwarantuje happy endu? 

Czy ty masz odwagę pisać latami książkę, która jest dla Ciebie ważna, czy mam odwagę się przy niej zmieniać, zadawać sobie trudne pytanie po co ją piszesz i konfrontować się z odpowiedziami jeśli nikt nie zagwarantuje Ci półki w Empiku?

Coraz bardziej też czuję jak odwaga wiąże się z ciekawością. I zrozumiałam jak często oceniam ludzi i sytuacje zamiast być ich ciekawa. Ktoś mądry powiedział mi jakiś czas temu „zamień ocenę na ciekawość”, a ja w pierwszym odruchu pomyślałam, że to nie do mnie, przecież jestem taka otwarta i nigdy nikogo nie oceniam! A potem, dzień po dniu, godzina po godzinie zobaczyłam jak często to robię. Jak często z góry zakładam „ta książka nie jest dla mnie”, „z tą osobą się nie dogadam”, „na robienie tego nie warto tracić czasu”… Staram się teraz przy każdej takiej ocenie zatrzymać i zobaczyć, czy to jest sprawdzona przez mnie prawda, czy wytwór mojej wyobraźni. Łapię się kiedy mówię coś oceniającego, a nie mam na to dowodów, tylko powtarzam stereotypowe sądy. Wszyscy to robimy. Ale od każdego z nas zależy, czy zaczniemy to zmieniać. 

Dość często ktoś pisze do mnie z prośbą o ocenę „czy jego pisanie ma sens”. To pytanie wraca jak bumerang, a ja czasami rozkładam ręce… Kiedyś napisałam o tym artykuł i czuję, że warto go przypomnieć.

Jak w życiu

Ostatnio zaczynam widzieć, że z pisaniem jest jak z życiem. W zimie zawsze dużo pracuję, bo wszyscy chcą pisać i tak jest i teraz, codziennie czytam teksty. I ciągle tak naprawdę powtarzam to samo, uczę właściwie tych samych kilku zasad.

Słuchaj i miej oczy otwarte

Kiedy widzę tekst kogoś, kto był na moim kursie i w Klubie Pisarskim Online i dalej popełnia te same błędy, najprostsze, o których mówiłam na pewno kilkakrotnie i na jednym i w drugim, to troszkę mi jednak ręce opadają. Bo myślę sobie, że ta osoba po prostu nie słucha. Jest skupiona tylko na swoim tekście i ma trochę klapki na oczach. Bez słuchania, bez otwarcia oczu, bez świadomego przyswajania wiedzy i pamiętania nie nauczysz się za wiele. Jak w życiu. Jeśli nie chcesz wiedzieć co jest naokoło, jeśli nie interesuje Cię to, co mówi i pokazuje ci ktoś obok, będziesz cały czas robić to samo, kręcić się w kółko w swoim sosie.

Wierz w siebie

Bez wiary w siebie, w swoje pisanie, w to, że możesz pisać dobrze, lepiej, nie zrobisz nic. Będziesz tylko siedzieć i zamęczać siebie (i pewnie innych) tym, „jakie to jest beznadziejne”, „przepraszam, ja nie umiem”, „ojej, ty tak wspaniale piszesz, moje to takie słabe jest, że nawet nie będę czytać”. Chcesz biadolić, proszę bardzo, możesz, jeśli Ci to sprawia przyjemność. Ale z tego biadolenia to nic nie będzie. Żadnego tekstu, żadnego pisania, nie mówiąc o czymś większym. Zamiast tego zaakceptuj miejsce w którym jesteś i po prostu zacznij się uczyć. Powiedz sobie: „ok, mój opis mi się nie podoba, co mogę zrobić, żeby był lepszy?”. I krok po kroku zacznij przyswajać wiedzę, próbować. Odwagi!

Miej pokorę

Z tą wiarę w siebie jest jak z solą, jak ktoś przesadzi, to nie da się tego zjeść po prostu. Spotykam też osoby, które są tak pewne tego, że ich teksty są genialne, na miarę Nobla i Międzygalaktycznej Nagrody Astralnej, że zbliżenie do nich grozi porażeniem. Uważają, że to tylko przypadek, że świat się jeszcze na nich nie poznał, nie, właściwie nie, po prostu wszyscy są głupi. On wie najlepiej, oj tak, i jeszcze wszystkim to powie, wytknie każdy przecineczek w każdziutkim tekście, będzie przewracał przy tym oczami, ale co zrobić, taka jego niedola, geniusza, naprawianie świata, przecież ktoś musi, więc on już się poświęci, bo czuje się odpowiedzialny. Jeśli widzisz w tym kawałek siebie, to wyluzuj, wypuść powietrze i rozejrzyj się. Może jednak nie wszyscy są tacy głupi i zamiast wytykać im błędy, skup się na swoim pisaniu.

Próbuj

Dwa dni temu upiekłam trzeci chleb w moim życiu. Pierwszy był totalną katastrofą, wielkim wilgotnym gnioto-zakalcem, śmierdział surowizną i nawet po wielokrotnym opiekaniu w tosterze był obrzydliwy. Drugi był jednym z najlepszych chlebów, jakie jadłam w życiu, serio. Trzeci był czymś pomiędzy, miał trochę zakalca, ale po dopiekaniu go jeszcze półtorej godziny i potem tostowaniu kromek dał się zjeść. Czy umiem piec chleb? Czy jestem mistrzem chlebowym czy niedojdą? Tak wiele osób, włączając mnie samą, bo jestem mega niecierpliwa, nie chce podejmować próby. Jak nie wyjdzie, to do kosza, nie będę się zajmowała tymi kretyńskimi chlebami! To by było proste, w ten sposób nie trzeba się konfrontować z niczym, czego się nie umie robić, można się wkurzyć i to rzucić. Ale można też uznać „dobra, nie wyszło mi, czegoś nie umiem, dam sobie szansę na drugą próbę”.

Znajdź osoby, które będą cię wspierać

Trudno jest uczyć się czegoś całkowicie w samotności i nie mieć nikogo wokół z kim można by się podzielić tym, co jest trudne, czego się nauczyliśmy, wypłakać porażki i świętować sukcesy. Jeśli chcesz pisać, to znajdź przynajmniej jedną osobę, która będzie Cię w tym wspierać.

Sięgaj po nowe rzeczy

Często jest tak, że kiedy nauczymy się czegoś z danego obszaru, to powtarzamy to przez lata, ciesząc się za każdym razem sukcesem. Na pewno znasz na przykład takich mistrzów jednego dnia. Robią je absolutnie nieziemsko. Ale nie umieją nic więcej. Można zostać takim mistrzem jednej pisarskiej potrawy i pichcić ją wielokrotnie albo co gorsza odgrzewać w nieskończoność. Jest nawet wielu znanych i poczytnych pisarzy, którzy tak robią, od 10 lat ciągle jeden i ten sam bigos, kiedy dorzucą jedną nową przyprawę, to jest wielkie halo. Możesz tak robić, jeśli Cię to satysfakcjonuje. Mnie nie bardzo, ja mam potrzebę uczenia się nowych rzeczy, choć wiem, że to trudne i do tego zachęcam też Ciebie.

Mierz się z tym co jest dla Ciebie trudne

No właśnie, czasami to nowe jest bardzo bardzo trudne, tak trudne, że mi się odechciewa. Bo ile można próbować? Po ilu zmaszczonych chlebach stwierdzę, że daję sobie totalnie spokój? To zależy od Ciebie i twojego samozaparcia. Ale też zależy od tego co robisz z porażkami. Jeśli każdy następny chleb będę robić dokładnie tak samo jak poprzedni, nie będę wyciągać żadnych wniosków z moich porażek, nie będę uczyć się na moich błędach, tylko z brnąć w kółko w dokładnie to samo, to chyba nikt nie będzie się dziwił, że te chleby mi nie wychodzą. Tylko dlaczego kiedy chodzi o twórczość i tak się zachowujemy, to nie jest to takie jasne? Nie wiem. Dla mnie jest. Sprawdź rzeczy, które ci nie wychodzą, może cały czas robisz je tak samo?

To na pewno nie jest kompletna lista, mogłabym do niej dołożyć jeszcze co najmniej kilka punktów. Może ty też masz swoje?

Czy naprawdę uczysz się pisać?

Czytam teraz „Wielką magię” Elizabeth Gilbert. Byłam sceptyczna, bo nie lubię poradników, a już zwłaszcza poradników „jak być kreatywnym” i nie podobał mi się początek, ale teraz czytam z dużą przyjemnością. Myślę, że głównie dlatego, że to nie jest do końca poradnik, to raczej dość osobista książka , bo Gilbert nikomu specjalnie nie radzi, ona po prostu opowiada o swoim pisarskim doświadczeniu. A ma o czym opowiadać. Zaczęła pisać jako nastolatka i nigdy nie przestała. Jeśli wyobrażam sobie, że to jednak miałby dla kogoś być poradnik, to dla pisarzy zmagających się z odrzucaniem. Dla pisarzy, którzy nie mogą znaleźć wydawcy, którzy przeżywają frustrację. Gilbert w bardzo zabawny sposób opowiada o tym ile razy była odrzucana, a nawet jak jedno jej opowiadanie najpierw odrzucone zostało kilka lat później przez tą samą redaktorkę naczelną uznane za genialne!

Opowiada o swoim ślubowaniu, że zawsze będzie pisać – kiedy miała 16 lat zorganizowała sobie całkiem poważną ceremonię! A potem mówi:

„Pomiędzy dwudziestką a trzydziestką pisałam codziennie. Przez pewien czas miałam chłopaka, który był muzykiem i codziennie ćwiczył. On grał skale, a ja pisałam krótkie fikcyjne scenki. W obu przypadkach chodziło o to samo – żeby stale zajmować się swoim rzemiosłem, nieustannie trzymać się blisko niego. W dni, kiedy zupełnie nie miałam weny, nastawiałam sobie budzik na pół godziny i zmuszałam się, żeby bazgrać cokolwiek. (…) Wymyśliłam sobie, że zawsze uda mi się wyrwać pół godziny na pisanie nawet z najbardziej wypełnionego zajęciami dnia. I nawet jeśli szło mi beznadziejnie, zapewne potrafię się zmusić do pracy przez tych trzydzieści minut.

A w zasadzie pisanie rzeczywiście szło mi kiepsko. Naprawdę nie wiedziałam co robię. Czasami miałam wrażenie, że usiłuję rzeźbić w kości słoniowej mając na rękach kuchenne rękawice. Brakowało mi warsztatu i polotu. Napisanie jednego krótkiego opowiadania zajmowało mi czasem nawet rok. Przez większość czasu i tak naśladowałam swoich ulubionych pisarzy. Przeszłam przez fazę Hemingwaya, ale też dość poważną fazę Annie Proulx i raczej żenującą fazę Cormaca McCarthy’ego. (…)

Było to zgodne z prostą i wspaniałomyślną zasadą oferowaną przez życie: jeśli coś stale ćwiczysz, będziesz w tym coraz lepszy. Gdybym między dwudziestką a trzydziestką dzień w dzień grała w koszykówkę albo dzień w dzień wyrabiała ciasto, albo dzień w dzień uczyła się mechaniki samochodowej, zapewne w tej chwili byłabym całkiem niezła w rzutach wolnych, pieczeniu rogalików lub naprawie skrzyni biegów.

Zamiast tego uczyłam się jak pisać.

Zawsze mówię, że pisania można się nauczyć. Teraz mam na potwierdzenie mojej teorii słowa Elizabeth Gilbert. A ty nie czekaj, tylko zakładaj rękawice kuchenne i biegnij rzeźbić!

CZEMU POTRZEBUJESZ WAKACJI OD PISANIA

Lato się skończyło (przynajmniej w Polsce, bo może czytasz mnie gdzieś, gdzie lato jest zawsze) i większość nas ma za sobą wakacje. To są najczęściej wakacje od pracy, mało kto bierze sobie wakacje od dzieci na przykład albo wakacje od bycia sobą. Często jest tak, że właśnie na wakacjach ma się trochę czasu na zrobienie „swoich” rzeczy, czyli na przykład pisanie. Urlop od pracy i obowiązków przeznaczony tylko na pisanie to genialny pomysł jeśli chce się na przykład napisać książkę, znacznie bardziej efektywny, niż dziubanie wieczorami kilku zdań. Napisałam zresztą o nim tutaj. Ale dziś chcę napisać o czymś dokładnie odwrotnym – o wakacjach od pisania.

Większość osób, z którymi spotykam się na warsztatach, kursach czy które przychodzą do mnie pracować indywidualnie, bardzo dużo myśli o pisaniu i ma kłopot ze „znalezieniem” na niego czasu. To, że czasu się nie znajduje, tylko świadomie na coś przeznaczana rezygnując z innych rzeczy to inna historia. Oznacza to, że przeważnie niezbyt dużo i niezbyt szybko piszą, za to bardzo dużo o pisaniu myślą, często zamartwiając się, że nie piszą. To też w jakimś sensie czas „na pisanie”. Twórczość nie składa się przecież tylko z momentu kiedy faktycznie siada się i pisze czy rysuje, ale też z całego czasu poświęconego na myślenie o niej: zbieraniu pomysłów, wymyślaniu bohatera, robieniu notatek, zastanawianiu się nad fabułą, dobieraniu słów, szukania metafor… To wszystko zawiera się w pisaniu. I często poświęcamy na to znacznie więcej energii niż na samo pisanie, stukanie w klawiaturę. To oczywiście wspaniałe, ale też męczące, bo jeśli nigdy nie robisz sobie przerwy od zastanawiania się nad pisaniem, to twój mózg tak naprawdę nigdy nie odpoczywa. A przecież on potrzebuje odpoczynku!

Kilka dni temu dostałam długiego maila od pisarki, z którą pracuję o tym jak latem w ogóle nie pisała, jak nawet zapomniała o swoim pisaniu, jak odpoczywała i jakie ma teraz z tego powodu wyrzuty sumienia. Odpisałam jej, że to cudowne, że odpoczęła, że bardzo się cieszę, że zrobiła sobie „wakacje od pisania” i że uważam, ze one są szalenie potrzebne. Myślę, że im bardziej kreatywnie się pracuje, tym częściej potrzebuje się wakacji. Wyobrażam sobie, że taki pełnoetatowy pisarz potrzebuje wakacji naprawdę często. Ja nie jestem pisarką, ale moja praca jest dość twórcza i wymaga ode mnie dużo wymyślania i bardzo często czuję, że umysł mi się przegrzewa, czasami mówię, że czuję jakby mój mózg był większy niż moja czaszka… I to znaczy, że potrzebuję wakacji dla mojej głowy. Potrzebuję nie myśleć twórczo przez jakiś czas, nie chcieć za dużo od mojego mózgu. Jeśli zajmujesz się pisaniem, to też potrzebujesz takich wakacji. Nie raz do roku, tylko częściej. Ale może raz do roku takich długich, porządnych, na przykład na miesiąc albo dwa? Kiedy świadomie odłożysz na bok swoje pisanie, dasz jemu i sobie odpocząć i będziesz w wolnym czasie zajmować się tylko przyjemnościami. I jeśli czytaniem to tylko takim dla przyjemności, a nie tym „bo to mi się przyda do książki” albo „to powinnam, bo to klasyka” ani żadnym czytaniem analitycznym (które jest tak w ogóle super ważne dla pisania, przeczytaj o nim tutaj). Jeśli tego nie zrobiłaś/łeś latem, podczas urlopu, to może możesz to zrobić teraz? Tak jak wcześniej przeznaczałaś/łeś czas na pisanie tak teraz świadomie przeznaczyć go na odpoczynek od twórczości. Myślę, że twoje pisanie pięknie ci za to podziękuje.