Maria Kula

BEZDROŻA

Twórczość może być bardzo kapryśna. Czasami tętni życiem, mamy pomysł za pomysłem, nie możemy się doczekać aż siądziemy do pisania. A potem coś się zmienia, rzeka płynie coraz wolniej i wolniej, aż w końcu ustaje i wysycha. Znaczna większość osób, która tworzy, doświadcza takiej suszy raz na jakiś czas. To może być, i najczęściej jest, bardzo frustrujące doświadczenie. Szczególnie, jeśli znany jest nam czas płodny, obfitujący w twórczą energię. 

Próbowałam obserwować siebie i wyłonić z zachowania mojej twórczości jakiś wzór, schemat, który pozwoli mi zrozumieć dlaczego, w jakich momentach, moja rzeka wysycha. Zrozumieć, żeby to zmienić, żeby nie wysychała nigdy. Czułam, że im bardziej postrzegam to jako coś złego, co nie powinno się wydarzać, na co się nie zgadzam, tym bardziej suche jest koryto rzeki i cały otaczający je krajobraz. Czułam jakby szła po bezdrożach, kiedy pragnęłam dżungli. 

Szukałam na wszelkie sposoby – próbowałam kopać studnię, biec tak daleko aż bezdroża się skończą, pytać innych jakie mają sposoby. Nic nie pomagało. 

W końcu siadłam i zaczęłam po prostu się rozglądać. Podziwiać moje bezdroża. Piękne wysokie ostre trawy. Skalne szczyty w oddali. Rozgrzaną ziemię. Niby pustka, a jednak nie pustka. Przestrzeń, na pierwszy rzut oka monotonna i martwa okazała się ciekawa. Ciszę w niej panującą odkryłam na nowo, jako spokojną, relaksującą, zachęcającą do odpoczynku. 

Zajrzałam do wyschniętego koryta rzeki i odkryłam nieznany mi wcześniej wszechświat. Płaskie kamienie mieniące się w słońcu na niebiesko. Muszle rzecznych małż i ślimaków. Gruby żwirek we wszystkich odcieniach ochry. Wzory na piasku, zostawione przez wodę.

Siedziałam długo, opierałam się o duży kamień, przysnęłam w popołudniowym słońcu. W końcu poczułam, że mogę pójść kawałek, nie w poszukiwaniu czegoś, ale tak po prostu, przed siebie, bez planu. Odkrywać. 

Mam poczucie, że w naszej kulturze bardzo mało jest miejsca na bezdroża. Na bycie. Na akceptowanie stanu nie robienia, nie produkowania, nie zmieniania, nie relaksowania… Na nicnierobienie, ale takie prawdziwe, a nie “nic nie robiłam”, czyli przeczytałam dwie książki, obejrzałam serial, poszłam na zakupy, nastawiłam pranie, umyłam podłogę, zadzwoniłam do rodziców – to jest mnóstwo czynności! A mi chodzi o takie naprawdę nic. O prawdziwe bycie. Moje bezdroża zmusiły mnie do tego i choć w pierwszym odruchu chciałam na siłę je zasiedlać, podlewać i użyźniać, to teraz je kocham, zatracam się w piękności ich krajobrazu, spokoju i pustce. 

Jakie są Twoje bezdroża? Jak wygląda dla Ciebie ten czas, kiedy Twoja twórczość zwalnia, kiedy tygodniami, miesiącami nie piszesz? 

Artysta (musi) cierpieć

Ten mit chyba denerwuje mnie najbardziej. Wydaje mi się najbardziej szkodliwy ze wszystkich bzdur, które krążą w naszej kulturze i wsączane nam są do głowy. Tak jakby powoli, przez całe dzieciństwo i dorastanie ktoś wlewał nam do głowy truciznę. W szkole nikt nie uczy nas o szczęśliwych artystach, kolorowych, zachwycających się światem, o pisarkach chłonących życie i piszących powieść za powieścią. Poznajemy pisarzy, którzy cierpieli, pisali o tym jak cierpią, rozkoszowali się swoim cierpieniem. Cały romantyzm jest o tym, a epoka romantyczna jest dla nas, Polaków, największym punktem odniesienia, bo przecież wtedy tworzył nasz wieszcz narodowy – Mickiewicz. 

Nikt nie uczy nas w szkole jak się bawić twórczością, jak się nią cieszyć, jak sprawić, żeby pisanie, malowanie, rysowanie było lekkie i przyjemne. Dostajemy tróje z wypracowań, z rysunków na plastyce, z grania na flecie. Słyszymy, że “to się do niczego nie nadaje”, nasze prace zostają pokreślone na czerwono, nasze słowa przekreślone z komentarzem “bzdura”. Wiecie jak to w nas zostaje? Wiecie jak często dostaję maila z pytaniem “czy to się do czegoś nadaje”? Kilka razy w tygodniu. Mit, że trzeba się namozolić, napracować, kogoś zadowolić, został w nas zasadzony wieloma ziarenkami i wyrósł na ogromne drzewo. 

Jeśli robisz coś szybko, bez wysiłku, to znaczy, że jest kiepskiej jakości. Nie da się napisać dobrej książki w miesiąc. Ile z nas tak myśli? 

Wyobraźmy sobie eksperyment – dajemy grupie czytelników do przeczytania powieść. 

Połowie osób mówimy, że pisarz pisał ją 10 lat, wielokrotnie zmieniał, w trakcie przeżył załamanie nerwowe, potem wyrzucił połowę i napisał od nowa, każdą linijkę cyzelował, każde zdanie poprawiał 10 razy. Pisanie było dla niego męką, sprawiało mu ból i musiał się zmuszać, żeby jednak siadać i pisać. Pisanie to dla niego ciężka praca.

Drugiej połowie osób mówimy, że ta powieść powstała w 2 miesiące, pisarz pisząc doskonale się bawił, historia dosłownie wylewała się spod jego palców, pisanie nie kosztowało go żadnego wysiłku, prawie nie musiał robić żadnych poprawek, wstawał codziennie z radością i z pasją pisał kilka godzin dziennie, a uśmiech nie schodził mu z twarzy. 

Jak myślicie, z jakim nastawieniem będzie czytała pierwsza grupa, a z jakim druga? Jaka jest szansa, że pierwsza grupa będzie z góry zakładała, że to świetna książka, a jaka w przypadku drugiej? 

Moje doświadczenie niestety jest takie, że w naszej kulturze idealizuje się cierpienie. Jeśli wiemy, że ktoś naprawdę ciężko się napracował, to wtedy z góry zakładamy, że wynik jego pracy będzie dobry i na odwrót – jeśli ktoś nie musiał się męczyć, coś przyszło mu z łatwością, mamy tendencję do myślenia, że efekt jego pracy będzie miałki. Czytałam świetne książki napisane w miesiąc i czytałam beznadziejne pisane latami. Czytałam bardzo słabe napisane szybko i świetne wycyzelowane do ostaniej kropki. Nie ma reguły. Można pisać wolno albo szybko, można pisać z przyjemnością albo męcząc się, ale to w ogóle nie wpływa na jakość tekstu. To, czy ktoś ma radość z tworzenia czy cierpi tworząc nie ma przełożenia na jakość jego twórczości. Co kto lubi. 

Ja osobiście lubię twórczość, która powstała z lekkością i radością, taka mi też sprawia przyjemność. Kiedy czytam coś, co było pisane w mękach, na ogół czuję tą mękę i niekoniecznie mnie ona pociąga. Ale to akurat mój gust. Jeśli ktoś lubi cierpieć – nie ma problemu, wszystko jest dla ludzi. Ale błagam, niech wtedy nie lekceważy i nie deprecjonuje twórczości tych, którzy piszą z frajdą. A tak niestety się dzieje. Widziałam wiele sytuacji, w których cierpiący, piszący wolno pisarz przejeżdża walcem tego, który pisaniem się bawi. Dlaczego? Dlaczego nie może być miejsca dla obydwu? Co jest takiego złego w tym, że ktoś wybiera jasną stronę życia i tworzenia? Myślę sobie, że to może zazdrość? Staram się wtedy współczuć temu zazdrosnemu, ale też pokazać: hej, możesz się zainspirować, może ty też nie musisz cierpieć? A jeśli się nie da, jeśli taka osoba pragnie znosić męki twórcze i próbuje mi wmówić, że ja też powinnam – no cóż, wtedy grzecznie dziękuję i oddalam się chyłkiem do mojego magicznego świata, w którym kwiaty wyrastają w ciągu jednej nocy. 

Jak piszesz o swoim życiu

Obejrzałam ostatnio bardzo interesujące krótkie video z Davidem Vannem. Opowiada o tym jak swoje życie przepisuje w książkach, w jaki sposób pracuje na swoich osobistych doświadczeniach zmieniając je w literaturę. Zaznacza różnicę między pisaniem autoterapeutycznym a pisaniem literatury podkreślając, że to pierwsze może być wspaniałym sposobem na poradzenie sobie z przeszłością, ale ma inną funkcję i cel niż literatura piękna. 

Wypowiedź pisarza jest dla mnie super ciekawa z dwóch powodów – ostatnio przeczytałam “Komodo” i zachwyciłam się jego twórczością, a wcześniej miałam sporą refleksję i rozmowę z Martą Marecką i Joanną Nałęcz o tym, że zawsze piszemy z siebie, ale to nie oznacza opowiedzenia swojej historii 1:1 raz. To oznacza przetwarzanie na bardzo różne sposoby, na wiele sposób swoich emocji, przeżyć, tego, co mamy głęboko zakopane i wychodzi z nas tylko zakryte cienkim filtrem tworzenia sztuki. Zawsze wiedziałam, że nie da się pisać nie o sobie i nie z siebie (oczywiście mówię o twórczości, nie o mechanicznym produkowaniu tekstów według wzorca, gdzie podstawiane są kolejne kartonowe postacie), ale niedawno to poczułam i jeszcze głębiej zrozumiałam. Fascynuje mnie połączenie pomiędzy naszą głębią, zarówno świadomą i jak nie i tym, co piszemy. W jaki kostium, scenografię, wydarzenia ubieramy konflikty, zarówno te wielkie jak i mikroskopijne czające się w naszych sercach i brzuchach. To trochę tak jak linie papilarne – nie ma dwóch takich samych, są naszym najbardziej osobistym, niezmywalnym śladem, a jednocześnie nie da się ich bezpośrednio czytać, zobaczyć, nie są widoczne od razu. David Vann napisał już ponad 10 książek i dużo opowiada w wywiadach skąd zaczerpnął motywy, emocje, wydarzenia i postacie. Wyraźnie można usłyszeć, że nie chodzi o pisanie pamiętnika i opowiadanie swojego życia w skali 1:1, tylko o potraktowanie go jako niesamowitej bazy do tworzenia czegoś więcej. Do przetwarzania. 

Wspomniane video zaczyna się od słów “Myślę, że kiedy czytelnik zna prawdziwą historię w tle opowieści, to zmienia to jego czytanie”. Jak całkowicie inne jest to podejście od częstego strachu, który towarzyszy pisarzom “czy ktoś się domyśli?”, “czy mogę napisać o moim byłym mężu?”, “czy rodzina mnie wykluczy?”. Wielokrotnie spotkałam się z początkującymi pisarzami, którzy najbardziej skupiają się na tym jak wystarczająco dobrze ukryć prawdę. Dlaczego tak wstydzimy się swoich przeżyć? Nie mam odpowiedzi na to pytanie, ale czuję się ogromnie zainspirowana Davidem Vannem i na pewno coś jeszcze z tego wyniknie. Jeśli znasz polskiego pisarza, pisarkę, którzy podobnie jak Vann opowiadają o tym jak przetwarzają swoje życie, będę Ci bardzo wdzięczna za podesłanie nazwiska. Niżej link do video dla Ciebie – może masz ochotę obejrzeć!

I na zakończenie – David Vann nie mógł znaleźć wydawcy dla swojej pierwszej książki przez 12 lat. Teraz “Legendy o samobójstwie” są międzynarodowym bestsellerem dosłownie obsypanym nagrodami.  

PISARSKI HIT

Rozmawiałam niedawno z przyjaciółką pisarką i obie doszłyśmy do tego samego wniosku: że do pisania najbardziej potrzeba czasu, który nie jest przeznaczony na nic innego i bycia poza domem. 

Obie wróciłyśmy z urlopów i mamy to samo doświadczenie wylewu energii twórczej, pisania z niesamowitego flow i niewyczerpywalnego źródła pomysłów, słów, kiedy nie jest się w domu i nie zajmuje się niczym poza pisaniem. Wysłałam do Ciebie już mnóstwo listów o tym, czego potrzeba do pisania (no chyba, że jesteś tu nowa/y), w czytelni znajdziesz na ten temat całkiem sporo artykułów (na przykład ten), ale jeszcze nigdy nie byłam tak bardzo przekonana, że najważniejsze są czas i przestrzeń. Wyjazdy pisarskie, odosobnienia, rezydencje artystyczne, mają teraz dla mnie jeszcze więcej sensu, jeszcze bardziej jestem absolutnie przekonana o ich cudownych i niesamowitych właściwościach. A najlepsze jest to, że jeśli nie chcesz jechać na zorganizowany wyjazd z grupą, możesz to zrobić sam/a. To słabe marketingowo, ale nigdy nie byłam dobra w sprzedawaniu, więc nie będę ci wciskać, że musisz jechać na wyjazd ze mną. To jest spore ułatwienie, masz wszystko gotowe i do tego masz super ważną rzecz – mentora, który Ci pomoże i wskaże kierunek, odpowie na pytania i grupę, która Cię wesprze. Ale może nie potrzebujesz mentora, nie znosisz być w grupie albo termin ci nie odpowiada albo mieszkasz za daleko od Polski – jeśli nie chcesz albo nie możesz pojechać na wyjazd ze mną, możesz naprawdę zrobić sobie pisarskie odosobnienie dla siebie. Nie musi być daleko. Może Twoja przyjaciółka wyjeżdża na wakacje i zostawi ci klucze do swojego mieszkania w innej dzielnicy? To już wystarczy, uwierz mi, jeśli będziesz na urlopie i postanowisz zadedykować czas swojemu pisaniu, to szansa, że będziesz pisać dużo jest naprawdę spora. 

To jest mój najnowszy, absolutny hit pisarski. Bardzo prosty, nie potrzebujesz magii. Wszystko w Twoich rękach. 

GRANICE TWOJEGO ŚWIATA

“Na pierwszych stu metrach ścieżki mogło się wydawać, że las jest przepastny, nieskończenie głęboki i pełen tajemnic. Łatwo się zapomniało, że jesienią i zimą dało się dostrzec między gałęziami długie skaliste zbocze, opadające od drogi wokół osiedla, a także pomarańczowy dach jednego z domów. Problemem nie jest to, że świat wyznacza granice wyobraźni, lecz to, że wyobraźnia wyznacza granice świata”.

Przeczytałam ostatnie zdanie tego fragmentu, raz, drugi i trzeci, a potem zrobiłam mu zdjęcie telefonem. Często tak robię z cytatami, które mnie poruszają. Ten dotyka tematu ograniczeń, na który bardzo często rozmawiam. Ze znajomymi, z poznanymi ludźmi, z klientami. Bo moim zdaniem bardzo bardzo wiele ograniczeń (nie wszystkie, ale naprawdę większość), jest tylko w naszej głowie. I kiedy ktoś mówi, że “nie może” zmienić pracy, mieć lepszego życia, mieć więcej czasu na pisanie, czuć się lepiej, robić to, czego naprawdę pragnie, to moim zdaniem to “nie mogę” wynika z tego jak myśli i gdzie sięga jego wyobraźnia. Jak i gdzie jego wyobraźnia wyznacza granice jego świata. 

Może jest to dla Ciebie jasne, a może nigdy się nad tym nie zastanawiałeś/łaś, że to co myślimy i na jak wiele pozawala sobie nasza wyobraźnia wynika w znacznej większości z tego, w jakim środowisku, kulturze, w jakim społeczeństwie zostaliśmy wychowani. Jeśli urodziłam się i dorastałam w kulturze europejskiej, w Polsce, w kraju, gdzie wyznawane są wartości katolickie i na przykład w rodzinie, gdzie najważniejsze jest założenie rodziny i zarabianie pieniędzy, to jest jasne, że mój naturalny system wartości będzie dokładnie taki sam i wszystko, co dla mnie oczywiste i najważniejsze będzie wyrastało właśnie z takich wartości. Ktoś, kto urodził się w kulturze wschodniej, np. W Japonii, nie wychowywał się w chrześcijaństwie i w jego rodzinie największą wartością jest uczciwość i honor, będzie dla mnie całkowitym kosmitą. Jego sposób widzenia świata będzie dla mnie w najlepszym razie szokujący, a w najgorszym zły i nie do przyjęcia. Jeśli urodziłam się w domu, w którym nikt nigdy nie przeczytał żadnej książki, to żeby zacząć czytać i interesować się literaturą, będę potrzebować znacznie więcej wysiłku niż ktoś, kogo rodzice czytają od rana do nocy. To, w czym wyrastałam i co mnie otacza, uznaję za oczywiste. I to jest naturalne. Schody zaczynają się moim zdaniem, kiedy uznaję to za jedyne. Kiedy moja wyobraźnia nie sięga dalej niż przeciętna społeczna w moim mieście. Kiedy myślę, że muszę mieć nudną pracę, bo “wszyscy ją mają”. Kiedy myślę, że nie mogę podróżować, mieszkać w kamperze albo malować wielkich obrazów bez planu co z nimi zrobię, bo przecież nikt inny tak nie robi. “Problemem nie jest to, że świat wyznacza granice wyobraźni, lecz to, że wyobraźnia wyznacza granice świata”. 

Wcale nie twierdzę, że zobaczenie granic mojego świata jest proste, a tym bardziej, że proste jest sprawdzenie co wyznacza te granice i potem ich przesuwanie. Nie, to nie jest proste. Ale jest wspaniałe. Przynosi ogromną radość, taką, którą możesz poczuć, kiedy stoisz na klifie i patrzysz na rozciągający się przed Tobą ocean. 

Fragment pochodzi z 3 tomu powieści “Moja walka” Karla Ove Kaunsågarda

NA BOŻE NARODZENIE

Co roku zastanawiam się, czy wysyłać Ci życzenia świąteczne. I zazwyczaj tego nie robię, bo czuję, że w zalewie świątecznych maili z życzeniami, mój byłby tylko kolejnym, który zapcha Twoją skrzynkę. W tym roku też nie dostaniesz od mnie specjalnego maila tuż przed świętami, ale za to chciałabym napisać do Ciebie kilka słów już teraz, bo kolejny list wyślę 26 grudnia. 

Chcę Cię zapytać, jak prezent dajesz sobie?

Czy na liście prezentów dla bliskich masz siebie?

Czy w szale zakupów, gotowania, spotkań z przyjaciółmi, wizyt rodzinnych, robisz coś specjalnego dla siebie?

Przez wiele lat byłam doskonała w obdarowywaniu innych. Wyspecjalizowałam się w dawaniu. Nie tylko na gwiazdkę, ale wtedy dochodziłam do ekstremum. Dawałam, bo chciałam okazać miłość, zrobić coś dobrego, bo myślałam, że to jedyna droga. Dawałam prezenty, czas, uwagę, gotowałam dla całej rodziny, obsługiwałam stół, byłam jak jednoosobowa instytucja. A mam dość dużą rodzinę, więc było co robić. Nie znałam innej miłości. 

A potem bardzo powoli, krok po kroku, zaczęłam się uczyć, że jest coś innego. Że miłość zaczyna się we mnie. Ode mnie. Że to ja mam być obiektem swojej miłości. 

Początki dawania sobie samej prezentów były szalenie trudne. Ale nie odpuszczałam, bo jestem uparta, konsekwentna i umiem dążyć do celu. A cel był jeden – być miłością. 

Najpierw nauczyłam się dawać sobie czas i przyjemności. Ale nie takie fake przyjemności, jak baton czekoladowy, które mnie zatkają na dobre, tylko PRAWDZIWE, karmiące przyjemności. 

Oczywiście kąpiel w wannie! Albo masaż albo nawet wizyta w spa. Ale pamiętaj, że Spa możesz też zrobić w swojej łazience. (albo pojechać na Pisarskie Spa na Korfu)

Dobre kino. 

Piękny sweter, szal, koc albo płaszcz, który naprawdę Cię otuli, Twoje ciało i Twoje serce. 

Potem nauczyłam się dawać sobie uwagę i wartościową wiedzę, która mnie rozwija

Wspaniała mowa noblowska Olgi Tokarczuk. Trwa godzinę, możesz puścić ją głośno i lepić pierogi  albo rozciągać się na dywanie. 

Książka “Nie zaczęło się od ciebie”, właśnie skończyłam. To książka, która zatrzęsła moim światem i polecam ją absolutnie każdemu, kto chciałby doświadczać w życiu więcej miłości. 

Warsztat pisania, yeah!

Potem przyjemności estetyczne, zupełnie niepraktyczne, ale za to piękne i sprawiające mi przyjemność. 

Wielki bukiet kwiatów, tylko dla Ciebie.

Atlas Mojego Kosmosu

Wizyta w galerii albo muzeum i czas tylko dla Ciebie na oglądanie obrazów czy zdjęć

Album sztuki, piękna książka kulinarna i zanurzenie się w cebulki włosów. 

A może to wszystko co piszę akurat do Ciebie nie pasuje, bo Ty wiesz najlepiej jaki chcesz sobie dać prezent.

Miłość zaczyna się w Tobie.