Archiwa proces pisania - Strona 2 z 9 - Maria Kula

Jaki film reżyserujesz?

Im dłużej zajmuję się literaturą, tym bardziej widzę, że pisząc naprawdę nie da się uciec od siebie. Niedawno miałam ciekawe spotkanie z autorką, znamy się od wielu lat, napisała już ze mną kilka książek. Rozmawiałyśmy oczywiście o tej, którą pisze aktualnie. Zapytałam ją o jedno z przekonań bohaterki, dla mnie nie pasujące do jej charakteru. Co się okazało? Że autorka zupełnie nieświadomie obdarowała bohaterkę swoim przekonaniem. Co więcej – nie do końca była go nawet świadoma. Roześmiała się, kiedy rzuciłam na nie światło. 

To tylko jedna z wielu historii, które są dla mnie dowodem na to, jak bardzo nasze pisanie pokazuje nam nasze wnętrze. Często również te fragmenty nas, których sami w sobie nie widzimy! I jeśli nikt nam ich nie pokaże, to nadal nie będziemy ich dostrzegać, będą sobie istnieć w kostiumie naszych bohaterów i naszych fabuł. Jak to się dzieje? I czy dzieje się tylko w pisaniu? 

Myślę, że to grubsza sprawa i ma coś wspólnego z filmami… 

Moim zdaniem widzimy świat, ludzi, wydarzenia, nasze relacje nie do końca takimi jakie są, ale przez pryzmat naszych przekonań. Te przekonania działają trochę jak filtry w apce do zdjęć – zmieniają obraz, przekrzywiają ją, koloryzują albo sprawiają, że jest czarno-biały. Jeśli choć raz widziałaś/łeś te filtry w telefonie, to wiesz, o czym mówię. Mogą zmienić zdjęcie całkowicie. Myślę, że mamy w naszych głowach tyle filtrów, które nakładają się na nasze postrzeganie rzeczywistości, ze często do tej rzeczywistości nie mamy dostępu, nie jesteśmy w stanie zobaczyć jej saute, bez żadnego filtra. 

Co się wtedy dzieje? Żyjemy życiem, które jest dalekie od rzeczywistości. Żyjemy w krainie filtrów, przez które widzimy i oceniamy ludzi wokół nas, to, co nam się przydarza, naszą codzienność. Możesz sobie teraz wyobrazić sytuację, kiedy na przykład mam na stałe zainstalowane filtry noir, czyli mroczne, czarno-białe, wyostrzające kontrast. Widzisz jak wtedy postrzegam rzeczywistość? Co wyświetla się w moim prywatnym kinie? Jak bardzo dalekie moje widzenie świata jest od tego, jaki on jest naprawdę?

Nasze życie jest jak film, którego jesteśmy reżyserem. 

To zjawisko dotyczy nas wszystkich, więc w efekcie każdy z nas tylko ogląda film w swoim kinie, ze swoimi filtrami. I oczywiście myśli, że wszyscy widzą to samo, że wszystkim wyświetla się ten sam film. Nic podobnego! Każdy ma taki film, jakie ma filtry. Co więcej, na dodatek obsadza ludzi ze swojego otoczenia w rolach pasujących do filmu i tak ich widzi, przez pryzmat swoich filtrów. Naturalnie każdy z nas jest tez w tych rolach obsadzany, cały czas. Wszyscy zachowujemy się jak banda kiepskich reżyserów!

A co z tym ma wspólnego pisanie?

Pisanie jest jak lustro – w nim odbijają się nasze filtry. Jeśli będziemy chcieli je zobaczyć, to pisanie może być dla nas niesamowitym doświadczeniem. Dzięki niemu możemy dostrzec w jaki sposób widzimy rzeczywistość.

Dla mnie cały myk polega na tym, żeby warstwa po warstwie zobaczyć nasze filtry i z nich rezygnować. Zacząć widzieć rzeczywistość taką, jaka jest. To się dzieje powoli, małymi kawałeczkami, ale jest możliwe. Wtedy jesteśmy coraz bliżej doświadczania życia bez reżyserowania, bez zakrzywiania go. 

Dla mnie to fascynująca ścieżka, niekończąca się podróż w głąb siebie, poznawania moich przekonań, dostrzegania moich filtrów. Często mogę się przy tym nieźle uśmiać! Jeśli czujesz, że Cię to kręci i też chcesz zacząć dostrzegać swoje filtry, przyjrzyj się swojemu pisaniu. Zabaw się w detektywa i popatrz uważnie – jaki film reżyserujesz?

BEZDROŻA

Twórczość może być bardzo kapryśna. Czasami tętni życiem, mamy pomysł za pomysłem, nie możemy się doczekać aż siądziemy do pisania. A potem coś się zmienia, rzeka płynie coraz wolniej i wolniej, aż w końcu ustaje i wysycha. Znaczna większość osób, która tworzy, doświadcza takiej suszy raz na jakiś czas. To może być, i najczęściej jest, bardzo frustrujące doświadczenie. Szczególnie, jeśli znany jest nam czas płodny, obfitujący w twórczą energię. 

Próbowałam obserwować siebie i wyłonić z zachowania mojej twórczości jakiś wzór, schemat, który pozwoli mi zrozumieć dlaczego, w jakich momentach, moja rzeka wysycha. Zrozumieć, żeby to zmienić, żeby nie wysychała nigdy. Czułam, że im bardziej postrzegam to jako coś złego, co nie powinno się wydarzać, na co się nie zgadzam, tym bardziej suche jest koryto rzeki i cały otaczający je krajobraz. Czułam jakby szła po bezdrożach, kiedy pragnęłam dżungli. 

Szukałam na wszelkie sposoby – próbowałam kopać studnię, biec tak daleko aż bezdroża się skończą, pytać innych jakie mają sposoby. Nic nie pomagało. 

W końcu siadłam i zaczęłam po prostu się rozglądać. Podziwiać moje bezdroża. Piękne wysokie ostre trawy. Skalne szczyty w oddali. Rozgrzaną ziemię. Niby pustka, a jednak nie pustka. Przestrzeń, na pierwszy rzut oka monotonna i martwa okazała się ciekawa. Ciszę w niej panującą odkryłam na nowo, jako spokojną, relaksującą, zachęcającą do odpoczynku. 

Zajrzałam do wyschniętego koryta rzeki i odkryłam nieznany mi wcześniej wszechświat. Płaskie kamienie mieniące się w słońcu na niebiesko. Muszle rzecznych małż i ślimaków. Gruby żwirek we wszystkich odcieniach ochry. Wzory na piasku, zostawione przez wodę.

Siedziałam długo, opierałam się o duży kamień, przysnęłam w popołudniowym słońcu. W końcu poczułam, że mogę pójść kawałek, nie w poszukiwaniu czegoś, ale tak po prostu, przed siebie, bez planu. Odkrywać. 

Mam poczucie, że w naszej kulturze bardzo mało jest miejsca na bezdroża. Na bycie. Na akceptowanie stanu nie robienia, nie produkowania, nie zmieniania, nie relaksowania… Na nicnierobienie, ale takie prawdziwe, a nie “nic nie robiłam”, czyli przeczytałam dwie książki, obejrzałam serial, poszłam na zakupy, nastawiłam pranie, umyłam podłogę, zadzwoniłam do rodziców – to jest mnóstwo czynności! A mi chodzi o takie naprawdę nic. O prawdziwe bycie. Moje bezdroża zmusiły mnie do tego i choć w pierwszym odruchu chciałam na siłę je zasiedlać, podlewać i użyźniać, to teraz je kocham, zatracam się w piękności ich krajobrazu, spokoju i pustce. 

Jakie są Twoje bezdroża? Jak wygląda dla Ciebie ten czas, kiedy Twoja twórczość zwalnia, kiedy tygodniami, miesiącami nie piszesz? 

Artysta (musi) cierpieć

Ten mit chyba denerwuje mnie najbardziej. Wydaje mi się najbardziej szkodliwy ze wszystkich bzdur, które krążą w naszej kulturze i wsączane nam są do głowy. Tak jakby powoli, przez całe dzieciństwo i dorastanie ktoś wlewał nam do głowy truciznę. W szkole nikt nie uczy nas o szczęśliwych artystach, kolorowych, zachwycających się światem, o pisarkach chłonących życie i piszących powieść za powieścią. Poznajemy pisarzy, którzy cierpieli, pisali o tym jak cierpią, rozkoszowali się swoim cierpieniem. Cały romantyzm jest o tym, a epoka romantyczna jest dla nas, Polaków, największym punktem odniesienia, bo przecież wtedy tworzył nasz wieszcz narodowy – Mickiewicz. 

Nikt nie uczy nas w szkole jak się bawić twórczością, jak się nią cieszyć, jak sprawić, żeby pisanie, malowanie, rysowanie było lekkie i przyjemne. Dostajemy tróje z wypracowań, z rysunków na plastyce, z grania na flecie. Słyszymy, że “to się do niczego nie nadaje”, nasze prace zostają pokreślone na czerwono, nasze słowa przekreślone z komentarzem “bzdura”. Wiecie jak to w nas zostaje? Wiecie jak często dostaję maila z pytaniem “czy to się do czegoś nadaje”? Kilka razy w tygodniu. Mit, że trzeba się namozolić, napracować, kogoś zadowolić, został w nas zasadzony wieloma ziarenkami i wyrósł na ogromne drzewo. 

Jeśli robisz coś szybko, bez wysiłku, to znaczy, że jest kiepskiej jakości. Nie da się napisać dobrej książki w miesiąc. Ile z nas tak myśli? 

Wyobraźmy sobie eksperyment – dajemy grupie czytelników do przeczytania powieść. 

Połowie osób mówimy, że pisarz pisał ją 10 lat, wielokrotnie zmieniał, w trakcie przeżył załamanie nerwowe, potem wyrzucił połowę i napisał od nowa, każdą linijkę cyzelował, każde zdanie poprawiał 10 razy. Pisanie było dla niego męką, sprawiało mu ból i musiał się zmuszać, żeby jednak siadać i pisać. Pisanie to dla niego ciężka praca.

Drugiej połowie osób mówimy, że ta powieść powstała w 2 miesiące, pisarz pisząc doskonale się bawił, historia dosłownie wylewała się spod jego palców, pisanie nie kosztowało go żadnego wysiłku, prawie nie musiał robić żadnych poprawek, wstawał codziennie z radością i z pasją pisał kilka godzin dziennie, a uśmiech nie schodził mu z twarzy. 

Jak myślicie, z jakim nastawieniem będzie czytała pierwsza grupa, a z jakim druga? Jaka jest szansa, że pierwsza grupa będzie z góry zakładała, że to świetna książka, a jaka w przypadku drugiej? 

Moje doświadczenie niestety jest takie, że w naszej kulturze idealizuje się cierpienie. Jeśli wiemy, że ktoś naprawdę ciężko się napracował, to wtedy z góry zakładamy, że wynik jego pracy będzie dobry i na odwrót – jeśli ktoś nie musiał się męczyć, coś przyszło mu z łatwością, mamy tendencję do myślenia, że efekt jego pracy będzie miałki. Czytałam świetne książki napisane w miesiąc i czytałam beznadziejne pisane latami. Czytałam bardzo słabe napisane szybko i świetne wycyzelowane do ostaniej kropki. Nie ma reguły. Można pisać wolno albo szybko, można pisać z przyjemnością albo męcząc się, ale to w ogóle nie wpływa na jakość tekstu. To, czy ktoś ma radość z tworzenia czy cierpi tworząc nie ma przełożenia na jakość jego twórczości. Co kto lubi. 

Ja osobiście lubię twórczość, która powstała z lekkością i radością, taka mi też sprawia przyjemność. Kiedy czytam coś, co było pisane w mękach, na ogół czuję tą mękę i niekoniecznie mnie ona pociąga. Ale to akurat mój gust. Jeśli ktoś lubi cierpieć – nie ma problemu, wszystko jest dla ludzi. Ale błagam, niech wtedy nie lekceważy i nie deprecjonuje twórczości tych, którzy piszą z frajdą. A tak niestety się dzieje. Widziałam wiele sytuacji, w których cierpiący, piszący wolno pisarz przejeżdża walcem tego, który pisaniem się bawi. Dlaczego? Dlaczego nie może być miejsca dla obydwu? Co jest takiego złego w tym, że ktoś wybiera jasną stronę życia i tworzenia? Myślę sobie, że to może zazdrość? Staram się wtedy współczuć temu zazdrosnemu, ale też pokazać: hej, możesz się zainspirować, może ty też nie musisz cierpieć? A jeśli się nie da, jeśli taka osoba pragnie znosić męki twórcze i próbuje mi wmówić, że ja też powinnam – no cóż, wtedy grzecznie dziękuję i oddalam się chyłkiem do mojego magicznego świata, w którym kwiaty wyrastają w ciągu jednej nocy. 

Jak piszesz o swoim życiu

Obejrzałam ostatnio bardzo interesujące krótkie video z Davidem Vannem. Opowiada o tym jak swoje życie przepisuje w książkach, w jaki sposób pracuje na swoich osobistych doświadczeniach zmieniając je w literaturę. Zaznacza różnicę między pisaniem autoterapeutycznym a pisaniem literatury podkreślając, że to pierwsze może być wspaniałym sposobem na poradzenie sobie z przeszłością, ale ma inną funkcję i cel niż literatura piękna. 

Wypowiedź pisarza jest dla mnie super ciekawa z dwóch powodów – ostatnio przeczytałam “Komodo” i zachwyciłam się jego twórczością, a wcześniej miałam sporą refleksję i rozmowę z Martą Marecką i Joanną Nałęcz o tym, że zawsze piszemy z siebie, ale to nie oznacza opowiedzenia swojej historii 1:1 raz. To oznacza przetwarzanie na bardzo różne sposoby, na wiele sposób swoich emocji, przeżyć, tego, co mamy głęboko zakopane i wychodzi z nas tylko zakryte cienkim filtrem tworzenia sztuki. Zawsze wiedziałam, że nie da się pisać nie o sobie i nie z siebie (oczywiście mówię o twórczości, nie o mechanicznym produkowaniu tekstów według wzorca, gdzie podstawiane są kolejne kartonowe postacie), ale niedawno to poczułam i jeszcze głębiej zrozumiałam. Fascynuje mnie połączenie pomiędzy naszą głębią, zarówno świadomą i jak nie i tym, co piszemy. W jaki kostium, scenografię, wydarzenia ubieramy konflikty, zarówno te wielkie jak i mikroskopijne czające się w naszych sercach i brzuchach. To trochę tak jak linie papilarne – nie ma dwóch takich samych, są naszym najbardziej osobistym, niezmywalnym śladem, a jednocześnie nie da się ich bezpośrednio czytać, zobaczyć, nie są widoczne od razu. David Vann napisał już ponad 10 książek i dużo opowiada w wywiadach skąd zaczerpnął motywy, emocje, wydarzenia i postacie. Wyraźnie można usłyszeć, że nie chodzi o pisanie pamiętnika i opowiadanie swojego życia w skali 1:1, tylko o potraktowanie go jako niesamowitej bazy do tworzenia czegoś więcej. Do przetwarzania. 

Wspomniane video zaczyna się od słów “Myślę, że kiedy czytelnik zna prawdziwą historię w tle opowieści, to zmienia to jego czytanie”. Jak całkowicie inne jest to podejście od częstego strachu, który towarzyszy pisarzom “czy ktoś się domyśli?”, “czy mogę napisać o moim byłym mężu?”, “czy rodzina mnie wykluczy?”. Wielokrotnie spotkałam się z początkującymi pisarzami, którzy najbardziej skupiają się na tym jak wystarczająco dobrze ukryć prawdę. Dlaczego tak wstydzimy się swoich przeżyć? Nie mam odpowiedzi na to pytanie, ale czuję się ogromnie zainspirowana Davidem Vannem i na pewno coś jeszcze z tego wyniknie. Jeśli znasz polskiego pisarza, pisarkę, którzy podobnie jak Vann opowiadają o tym jak przetwarzają swoje życie, będę Ci bardzo wdzięczna za podesłanie nazwiska. Niżej link do video dla Ciebie – może masz ochotę obejrzeć!

I na zakończenie – David Vann nie mógł znaleźć wydawcy dla swojej pierwszej książki przez 12 lat. Teraz “Legendy o samobójstwie” są międzynarodowym bestsellerem dosłownie obsypanym nagrodami.  

PISARSKI HIT

Rozmawiałam niedawno z przyjaciółką pisarką i obie doszłyśmy do tego samego wniosku: że do pisania najbardziej potrzeba czasu, który nie jest przeznaczony na nic innego i bycia poza domem. 

Obie wróciłyśmy z urlopów i mamy to samo doświadczenie wylewu energii twórczej, pisania z niesamowitego flow i niewyczerpywalnego źródła pomysłów, słów, kiedy nie jest się w domu i nie zajmuje się niczym poza pisaniem. Wysłałam do Ciebie już mnóstwo listów o tym, czego potrzeba do pisania (no chyba, że jesteś tu nowa/y), w czytelni znajdziesz na ten temat całkiem sporo artykułów (na przykład ten), ale jeszcze nigdy nie byłam tak bardzo przekonana, że najważniejsze są czas i przestrzeń. Wyjazdy pisarskie, odosobnienia, rezydencje artystyczne, mają teraz dla mnie jeszcze więcej sensu, jeszcze bardziej jestem absolutnie przekonana o ich cudownych i niesamowitych właściwościach. A najlepsze jest to, że jeśli nie chcesz jechać na zorganizowany wyjazd z grupą, możesz to zrobić sam/a. To słabe marketingowo, ale nigdy nie byłam dobra w sprzedawaniu, więc nie będę ci wciskać, że musisz jechać na wyjazd ze mną. To jest spore ułatwienie, masz wszystko gotowe i do tego masz super ważną rzecz – mentora, który Ci pomoże i wskaże kierunek, odpowie na pytania i grupę, która Cię wesprze. Ale może nie potrzebujesz mentora, nie znosisz być w grupie albo termin ci nie odpowiada albo mieszkasz za daleko od Polski – jeśli nie chcesz albo nie możesz pojechać na wyjazd ze mną, możesz naprawdę zrobić sobie pisarskie odosobnienie dla siebie. Nie musi być daleko. Może Twoja przyjaciółka wyjeżdża na wakacje i zostawi ci klucze do swojego mieszkania w innej dzielnicy? To już wystarczy, uwierz mi, jeśli będziesz na urlopie i postanowisz zadedykować czas swojemu pisaniu, to szansa, że będziesz pisać dużo jest naprawdę spora. 

To jest mój najnowszy, absolutny hit pisarski. Bardzo prosty, nie potrzebujesz magii. Wszystko w Twoich rękach. 

GRANICE TWOJEGO ŚWIATA

“Na pierwszych stu metrach ścieżki mogło się wydawać, że las jest przepastny, nieskończenie głęboki i pełen tajemnic. Łatwo się zapomniało, że jesienią i zimą dało się dostrzec między gałęziami długie skaliste zbocze, opadające od drogi wokół osiedla, a także pomarańczowy dach jednego z domów. Problemem nie jest to, że świat wyznacza granice wyobraźni, lecz to, że wyobraźnia wyznacza granice świata”.

Przeczytałam ostatnie zdanie tego fragmentu, raz, drugi i trzeci, a potem zrobiłam mu zdjęcie telefonem. Często tak robię z cytatami, które mnie poruszają. Ten dotyka tematu ograniczeń, na który bardzo często rozmawiam. Ze znajomymi, z poznanymi ludźmi, z klientami. Bo moim zdaniem bardzo bardzo wiele ograniczeń (nie wszystkie, ale naprawdę większość), jest tylko w naszej głowie. I kiedy ktoś mówi, że “nie może” zmienić pracy, mieć lepszego życia, mieć więcej czasu na pisanie, czuć się lepiej, robić to, czego naprawdę pragnie, to moim zdaniem to “nie mogę” wynika z tego jak myśli i gdzie sięga jego wyobraźnia. Jak i gdzie jego wyobraźnia wyznacza granice jego świata. 

Może jest to dla Ciebie jasne, a może nigdy się nad tym nie zastanawiałeś/łaś, że to co myślimy i na jak wiele pozawala sobie nasza wyobraźnia wynika w znacznej większości z tego, w jakim środowisku, kulturze, w jakim społeczeństwie zostaliśmy wychowani. Jeśli urodziłam się i dorastałam w kulturze europejskiej, w Polsce, w kraju, gdzie wyznawane są wartości katolickie i na przykład w rodzinie, gdzie najważniejsze jest założenie rodziny i zarabianie pieniędzy, to jest jasne, że mój naturalny system wartości będzie dokładnie taki sam i wszystko, co dla mnie oczywiste i najważniejsze będzie wyrastało właśnie z takich wartości. Ktoś, kto urodził się w kulturze wschodniej, np. W Japonii, nie wychowywał się w chrześcijaństwie i w jego rodzinie największą wartością jest uczciwość i honor, będzie dla mnie całkowitym kosmitą. Jego sposób widzenia świata będzie dla mnie w najlepszym razie szokujący, a w najgorszym zły i nie do przyjęcia. Jeśli urodziłam się w domu, w którym nikt nigdy nie przeczytał żadnej książki, to żeby zacząć czytać i interesować się literaturą, będę potrzebować znacznie więcej wysiłku niż ktoś, kogo rodzice czytają od rana do nocy. To, w czym wyrastałam i co mnie otacza, uznaję za oczywiste. I to jest naturalne. Schody zaczynają się moim zdaniem, kiedy uznaję to za jedyne. Kiedy moja wyobraźnia nie sięga dalej niż przeciętna społeczna w moim mieście. Kiedy myślę, że muszę mieć nudną pracę, bo “wszyscy ją mają”. Kiedy myślę, że nie mogę podróżować, mieszkać w kamperze albo malować wielkich obrazów bez planu co z nimi zrobię, bo przecież nikt inny tak nie robi. “Problemem nie jest to, że świat wyznacza granice wyobraźni, lecz to, że wyobraźnia wyznacza granice świata”. 

Wcale nie twierdzę, że zobaczenie granic mojego świata jest proste, a tym bardziej, że proste jest sprawdzenie co wyznacza te granice i potem ich przesuwanie. Nie, to nie jest proste. Ale jest wspaniałe. Przynosi ogromną radość, taką, którą możesz poczuć, kiedy stoisz na klifie i patrzysz na rozciągający się przed Tobą ocean. 

Fragment pochodzi z 3 tomu powieści “Moja walka” Karla Ove Kaunsågarda