Archiwa motywacja - Maria Kula

Zaprojektuj sobie życie

Dziś napisałam do Ciebie newsletter o tym, że projektuję swoje życie. Tak, dokładnie tak robię i ty też możesz! Jak się za to zabrać? Temat przyszedł do mnie na warsztacie Moniki Gomółki i dotyczył marzeń, więc od nich zacznę. 

Marzenie znaczy dla mnie tyle, co zastanawianie się, czego dokładnie chcę, wypowiadanie tego, pełne zaufanie, że to się wydarzy i ewentualne kroki zabierające mnie w ten kierunek. Wszystkie te elementy są tak samo ważne, ale najważniejsze są dwa pierwsze. Jeśli nie określisz, czego chcesz i tego nie wypowiesz, to to coś nie ma za dużych szans się wydarzyć. Jeśli nie zaufasz, to tym bardziej. 

Wyobraź sobie, że jesteś stolarzem. Ktoś zamawia u Ciebie stół, ale nie mówi ci ani jakiej wielkości ani z jakiego drewna, po prostu rzuca “chcę stół” i znika. Potem pojawia się od czasu do czasu, ale zawsze wpada na chwilę znienacka krzycząc “chcę stół” i znów znika. Nigdy nie zostaje na dłużej, nie masz szans, żeby zadać jakiekolwiek pytanie, dowiedzieć się czegoś więcej. Robisz dla niego ten stół, nie robisz? Sam/a decydujesz o rozmiarze, materiale, charakterze? Powiedzmy, że tak, bo jednak chcesz zapewnić stół osobie, która go zamówiła. Ale ta osoba nie wydaje się nim zainteresowana ba! kiedy kończysz stół, to nie zgłasza, żeby go odebrać! A kiedy jakimś cudem udaje Ci się zdobyć jej adres i dostarczyć stół, jest bardzo niezadowolona, że jest nie taki, jak sobie wymarzył/a! I albo jest bardzo smutna albo się wścieka albo kompletnie Cię ignoruje. Bardzo dziwne, prawda?

Może też tak być, że ktoś zamawia stół i BARDZO dokładnie mówi Ci, jak ma wyglądać. Tak bardzo dokładnie, że nie jesteś w stanie spełnić jego pragnień. Na przykład zamawia sobie drewno z tysiącletniego drzewa mango dokładnie w jednym rejonie w Kostaryce, a kiedy nawet jakimś cudem udaje Ci się je sprowadzić, to żąda (bo nie prosi, często jest niezbyt miły, ale za to szalenie wymagający) żeby na prawej nodze, na wysokości 27,56 cm od podłogi znalazł się sęk o rozmiarze 4,36 cm. Robisz co możesz, pocisz się niemożebnie, żeby stół sprostał oczekiwaniom Twojego klienta. Na dodatek ten klient przychodzi codziennie albo trzy razy dziennie i patrzy Ci przez ramię i ciągle pyta, kiedy będzie gotowe. Jeśli jakimś cudem przetrwasz ten proces i nie zwariujesz, to kończysz stół, oddajesz w ręce klienta i… jak myślisz, czy ta osoba jest zadowolona? No oczywiście, że nie! Ale za to natychmiast chce Ci dać kolejne zlecenie, na krzesła. Ale ty szybko się zawijasz, uciekasz gdzie pieprz rośnie. 

Masz też klientów, którzy są bardzo mili, ale nie jesteś w stanie nic dla nich zrobić, bo przychodzą i patrzą na Ciebie wielkimi oczami, widzisz w nich dokładnie, że czegoś bardzo potrzebują, ale nigdy nic nie mówią. Czasami zdarza im się szeptać po kątach, nachylasz się, żeby usłyszeć cokolwiek, ale wypowiadają słowa tak cicho i pod nosem, że nie masz szans ich usłyszeć. Pokazujesz im więc gestem, że nie możesz zrozumieć, uśmiechasz się bezradnie i masz nadzieję, że kiedyś się odezwą. Patrzą często jak inne osoby odbierają swoje meble i widzisz w ich oczach łzy, no ale na Boga, jak masz coś dla nich zrobić, skoro nic nie mówią?

Tak właśnie wygląda proces marzeń większość osób. Dla jasności: stolarz to kosmos, a klienci to marzące osoby. Dokładnie w taki sposób marzy sporo ludzi.  Czegoś tam pragną, ale niezbyt dokładnie (bo przecież i tak nie ma szans, więc zamiast tego lepiej ponarzekać), nie mają żadnej wiary, że to się może zdarzyć (tak już mam, mi się zawsze przydarzają złe rzeczy). Albo ich marzenia są jak tabelki w exelu i po prostu nie da się ich zadowolić. I trzecia opcja – nie mają odwagi nic powiedzieć, nie marzą na głos. To są tylko trzy wersje, trzy typy klientów w stolarni. Jest ich na pewno więcej! Jakim ty jesteś klientem u stolarza? W jaki sposób ty zamawiasz swój stół czyli marzysz?

Z mojego doświadczenia wynika też, że często marzenia stają się sposobem na życie w chmurach, nie bycie obecnym, uciekanie do innego świata. Takie wychodzenie z tego, co naprawdę jest i wchodzenie w iluzję. Kontynuując metaforę stolarską byłaby to osoba, która zamawia mały sosnowy stolik, a potem zabiera od Ciebie duży dębowy i jest głucha na Twoje uwagi, że przecież to nie ten stół! Ewentualnie mówi Ci, że ten stół na pewno się zmniejszy i rozjaśni kolor w trakcie użytkowania! 

Mówienie sobie “on się zmieni”, “to się zmieni”. Oszukiwanie siebie i życie iluzją nie ma nic wspólnego ze świadomym procesem marzenia i manifestowania swoich pragnień. Jeśli żyjemy w świecie iluzji, to zanim zacznie się projektować sobie życie, najpierw trzeba zejść na ziemię i zobaczyć rzeczywistość taką, jaką naprawdę jest. Zobaczyć, że masz malutką kuchnię i możesz tam mieć mały sosnowy stolik i ten dębowy stół, który zajmuje całą przestrzeń od drzwi do blatu i musisz się pod nim czołgać, żeby otworzyć lodówkę, naprawdę nie ma sensu. Wstać i powiedzieć “no dobra, ten stół przynosi mi mnóstwo kłopotów i jednak nie mogę tak żyć”. Dopiero przejrzenie się w lustrze i stwierdzenie faktów, bez uciekania przed prawdą jest miejscem startowym do zmiany. Bo jak mam zacząć projektować swoje życie na nowo, jeśli w ogóle nim nie żyję? 

Przyjmijmy, że już jesteś w tym punkcie. Połączona/y z prawdą o sobie i swoim życiu, twarzą w twarz ze świadomością co działa, co działa średnio, a co jest u Ciebie katastrofą. Widzisz dokładnie, że ten dębowy stół jest dla Ciebie bez sensu, może nawet już go oddałaś przyjaciółce. Z tego miejsca możesz zacząć zastanawiać się: czego chcesz? 

Jak chcesz, żeby wyglądało Twoje życie zawodowe? Osobiste? Rodzinne? Twoja codzienność? Czego potrzebujesz?

Żeby wiedzieć, czego chcesz, potrzebujesz się skontaktować ze sobą. Usłyszeć siebie, to takie proste i jednocześnie tak trudne, bo przecież większość z nas robi mnóstwo rzeczy, na które wcale nie ma ochoty, ale “tak trzeba/wypada” albo tak jakoś wyszło, bo kiedyś zaczęliśmy i jak odejść po 20 latach z kariery, której wcale nigdy się nie chciało? Wiem, że to nie jest takie proste i absolutnie nie zachęcam Cię do rzucania pracy, rozwodów, sprzedawania domu i wyjazdu do Toskanii. Ani trochę! Wręcz przeciwnie, chcę Ci powiedzieć, że zmiana jest możliwa i że może być taka, jak chcesz. Małymi krokami, centymetr po centymetrze możesz zaprojektować sobie nowe, wspaniałe życie. 

Zacznij praktykować słyszenie siebie. Pisanie dziennika szalenie w tym pomaga! Bycie w ciszy w swoim ciele też, taka prosta rzecz jak położenie się, oddychanie i po prostu czucie swojego brzucha. Zadawanie sobie pytania i wsłuchiwanie się w odpowiedź w sprawie prostych rzeczy: co chcesz dziś zjeść? Który sweter chcesz założyć? Co chcesz robić dziś wieczorem? Im bardziej będziesz siebie słuchać, tym szybciej będziesz zauważać, jak wiele rzeczy robić z automatu: przyzwyczajenia albo bo robią tak inni albo kompulsywnie, czyli żeby nie czuć niekomfortowych emocji. 

Zacznij wybierać to, co jest dla Ciebie dobre, co Ci służy i Cię wspiera. W każdej kategorii. 

Jakimi ludźmi się otaczasz? Znasz to powiedzenie o wronach i krakaniu jak one? Dokładnie. Stajesz się tym, z kim spędzasz czas. 

Czym się karmisz? W każdym sensie: co jesz ale też jakie “spożywasz” treści? Czego słuchasz, co oglądasz? Jeśli jesz przetworzone jedzenie, oglądasz telewizję, to zaśmiecasz swoje ciało, swojego ducha, swój umysł. Jesteś tym, co jesz, tym, co czytasz, co oglądasz.

Jak do siebie mówisz? Z miłością, z czułością? Czy agresywnie, wymagająco?

Jak dbasz o swoje ciało? Emocje? Ducha? Co dla nich robisz? Czy wybierasz dla nich to, co jest dobre, karmiące, co Cię służy i Cię wspiera? Powtarzam to drugi raz, ale tylko dlatego, że to naprawdę ważne!!! Jeśli ty nie zaczniesz o siebie dbać i dawać sobie wszystkiego, co najlepsze, to jakim cudem ktoś inny ma to zrobić? Twoje marzenia zostaną spełnione, jeśli przygotujesz dla nich grunt. 

Manifestacja jest w pełni możliwa, kiedy to, czego pragniesz jest związane z tym, kim naprawdę jesteś, z Twoją esencją, Twoją naturą. Jak masz więc wiedzieć, czego chcesz, jeśli nie wiesz kim jesteś głęboko w środku? Może Ci się wydawać, że chcesz tego, co inni ludzie albo tego, co jest reklamowane, co w społeczeństwie, w którym żyjesz jest w mainstreamie. Możesz też nadal być przywiązana/y do marzeń z przeszłości, które dawno się zdezaktualizowały, ale nie miałaś/łeś szansy tego zauważyć, bo rzadko sam/a siebie pytasz czego chcesz. Marzenia zmieniają się razem z nami, znaczna większość z nich, więc jeśli dawno nie sprawdzałaś/łeś, co Ci w duszy gra, to być może nawet nie wiesz, że pragniesz już czegoś kompletnie innego i może się okazać, że drabina, po której się wspinasz stoi przy złej ścianie!

Poznawanie siebie, spędzanie ze sobą czasu, dawanie sobie tego, czego potrzebujesz jest w moim doświadczeniu fantastyczną ścieżką do projektowania życia, bo z tego miejsca jest już bardzo łatwo. Po prostu piszesz to, czego pragniesz. Zapisujesz. To ten etap, kiedy zamawiasz u stolarza stół. Określasz w miarę dokładnie, czego potrzebujesz, ale bez przesady, pamiętasz moją opowieść o drewnie z Kostaryki i sękach?! Więc zamawiasz stół. 

I potem codziennie siadasz, zamykasz oczy i prosisz, z radością, ale bez presji. Z wdzięcznością, że to się już dzieje, tak jak jakbyś mówił/a do stolarza “ach, dziękuję Ci, że pracujesz już nad moim stołem!”. Nie dopytujesz, kiedy będzie gotowy, nie żądasz terminu, bo ufasz, że stolarz dostarczy Ci stół w najlepszym dla Ciebie momencie. I wtedy, gwarantuję Ci, to się wydarzy.

Za czym tęsknisz?

Piszę do Ciebie z lotniska. Siedzę w poczekalni, mój lot jest opóźniony o dwie godziny, a ja oglądam spektakularny zachód słońca. Dawno nie widziałam tak niesamowitego. I dawno nie oglądałam zachodu słońca w ogóle. Mieszkam od pół roku znowu w mieście, na dodatek na parterze i niestety zachody słońca mi umykają. Teraz, kiedy widzę ten absolutnie niesamowity, czuję jak bardzo za nimi tęsknię. 

Wczoraj wieczorem, podczas spotkania na zoomie programu Wszystkie Twoje Notesy, zaprosiłam uczestniczki do podróży w głąb siebie. Włączyłam moją ulubioną muzykę do takiego podróżowania i poprosiłam je, żeby usiadły wygodnie albo się położyły i zamknęły oczy. 

Powiedziałam im, powiedziałam każdej z nich “Jesteś wystarczająca”. “Zrób wydech do tego zdania i powiedz sobie “Jestem wystarczająca””. Oddychałyśmy w ciszy, dając sobie czas na rozluźnienie i miłość, a kiedy zobaczyłam, że ich ramiona trochę opadły, poprosiłam, żeby powoli otworzyły oczy i sięgnęły po swoje notesy. Zadałam im pierwsze pytanie i dałam czas na odpowiedź.

Jak się czujesz, kiedy myślisz o swojej twórczości?

Kiedy zobaczyłam, że skończyły pisać, zadałam kolejne pytanie i znów dałam im czas. Zrobiłam tak jeszcze z czterema pytaniami i wiem, że ten proces był dla nich poruszający. Dlatego chciałabym je zadać też Tobie. Może znajdziesz 15-30 minut, żeby siąść w ciszy albo z muzyką, bez telefonu, zapalić świeczkę i mieć chwilę dla siebie? Mam dla Ciebie takie pytanie:

Jak się czujesz, kiedy myślisz o swojej twórczości?

Jakim krajobrazem/kolorem jest twoja twórczość?

Za czym najbardziej tęsknisz w swojej twórczości? To nie musi być robienie czegoś, ale też uczucia, stan emocjonalny. Przypomnij sobie swoją twórczość w przeszłości i poszukaj też tam tego, za czym tęsknisz. Ale może też tęsknisz za czymś, czego nigdy nie doświadczyłaś/łeś.

Jaką część siebie/swojego życia chciałabyś eksplorować twórczo?

Czy przychodzi ci pomysł za pomocą jakiego medium chciałabyś to zrobić? czy może pisanie/malowanie/rysowanie/taniec/fotografia lub coś jeszcze?

Jak się czujesz, kiedy wybierasz siebie?

Pisanie odpowiedzi na dobre pytania to taka wspaniała praktyka! Ja ją uwielbiam i robię często dla siebie i zapraszam do niej właściwie na każdym moim warsztacie, wyjeździe, w programie. To jest naprawdę pełne mocy narzędzie, dzięki któremu nie tylko dajemy sobie czas i uwagę, ale też docieramy do miejsc, zrozumień i refleksji, do których być może inaczej byśmy nie dotarli. 

Bo może nie wiesz, za czym tęsknisz, odczuwasz tylko od czasu do czasu rodzaj pustki, braku, ale nie wiesz właściwie o co Ci chodzi, a ponieważ to uczucie wcale nie jest przyjemne, to robisz coś, żeby je zagłuszyć, np. sięgasz po telefon albo włączasz serial albo szukasz czegoś do jedzenia. Wszyscy to robimy. Wszyscy bezustannie robimy coś, żeby nie czuć pustki, bólu, dyskomfortu i tęsknoty. I wcale się temu nie dziwię, ja też to robię, bo niby po co mam czuć się źle? Ale wiesz co odkryłam? Że jeśli przyjrzę się, dajmy na to, tej tęsknocie, po prostu z nią na chwilę usiądę i dowiem się za czym tęsknię, to być może będę w stanie to sobie jakoś zapewnić. Świadomość, czego dotyczy moja tęsknota daje mi szansę na jej ukojenie. I zamiast robić sobie kolejną kanapkę mogę napisać małe opowiadanko albo namalować dwie szaroniebieskie chmury. I potem jest mi jakoś lepiej, cieplej, tak, jakbym założyła miękki sweter. 

Ściskam Cię bardzo ciepło i trzymam kciuki za Twoją podróż w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie: Za czym tęsknisz?

Odkryj w sobie pisarza

Wierzę w twórczą moc każdego człowieka. Przekonałam się na własnej skórze i będąc przewodnikiem w pisaniu dla innych, że twórczość nosimy w sobie. Mamy potencjał do pisania, malowania, rysowania, rzeźbienia, szycia, tworzenia muzyki… Niestety żyjemy w społeczeństwie, które nie wspiera twórczego rozwoju. Nie wiem, jak jest teraz, mam nadzieję, że lepiej, ale kiedy ja chodziłam do szkoły, lekcje plastyki i muzyki to był żart. Zresztą polskiego czy historii też… Miałam szczęście w podstawówce – polski z ciekawą nauczycielką, która za każdym razem, kiedy zadawała nam wypracowanie dawała temat piąty – “twórczy”. Jak możesz się domyślić, zawsze go wybierałam, więc niewiele było w moim zeszycie rozprawek, charakterystyk czy analiz wiersza. Ale wiem, że większość z osób nie miała tyle szczęścia. Moje lekcje polskiego w liceum też zresztą były bardzo nudne, sztampowe i nie miały nic wspólnego z czytaniem literatury z ciekawością, o pisaniu nie wspominając. 

Wychowałam się w domu pełnym książek i to mnie uratowało. Moja mama ma ogromną bibliotekę polskiej i powszechnej literatury, albumów sztuki, słowników, kiedy miałam może z 10 lat z podróży przywiozła plakat Chagalla. Wisi u moich rodziców do dziś. Pamiętam, jak oglądałam z wypiekami na twarzy pornograficzne rysunki Schulza, jak przeglądałam tomy encyklopedii “Świat sztuki” i gapiłam się na greckie wazy, jak chodziłam do pokoju mamy szukając “czegoś do czytania”, ona wyciągała dla mnie propozycje, a ja oczywiście je odrzucałam i czytałam tylko to, co wyszperałam sama. Mój tato też czytał, książki historyczne, reportaże, opowiadania… tonął w Wańkowiczu. Czytaliśmy wszyscy, graliśmy w różne gry, czasami chodziliśmy do kina, robiłam z moimi rodzeństwem teatr pełną gębą – mogę powiedzieć, że bardzo dużo konsumowaliśmy sztuki i to było wspaniałe. Ale mało jej tworzyliśmy i świadoma twórczość przyszła do mnie znacznie później. 

Zostałam redaktorką trochę przez przypadek, bo nawet nie wiedziałam, że jest taka praca. Raczej chciałam być dziennikarką, felietonistką, a wcześniej adwokatem albo bibliotekarką. Od momentu, kiedy zaczęłam wspierać innych w pisaniu minęło już bardzo wiele lat, w końcu kilka lat temu, zaczęłam na poważnie pisać sama. Przez te wszystkie lata odkryłam mnóstwo rzeczy na temat twórczości i procesu twórczego i moja praca zmieniła się wielokrotnie, bo przecież cały czas wzbogacam ją o to, czego się uczę i jak się rozwijam. Już jakiś czas temu zauważyłam, że naprawdę każdy ma w sobie twórczy potencjał. Mamy smykałkę do różnych rzeczy – ktoś z wielką łatwością zrobi stół, inna osoba od dziecka będzie piekła, a ktoś raz dwa napisze wspaniałe opowiadanie. Tak już jest, że coś nam przychodzi łatwiej, coś trudniej, bardzo wielu rzeczy możemy się nauczyć (pisania też, bo to praktyczna umiejętność jak wiele innych), ale każdy, KAŻDY ma w sobie artystyczny kawałek. Pytanie tylko do jakiej sztuki najbardziej go ciągnie i czy odnajdzie w sobie to ziarenko i będzie je podlewać?

Na podstawie ponad 10 lat doświadczenia pracy z pisarzami aspirującymi i zawodowymi napisałam ebooka “Odkryj w sobie pisarza”. To przewodnik po Twoim wewnętrznym świecie – zabieram Cię za rękę i pokazuję Ci krok po krok jak możesz spotkać i poznać lepiej pisarza, który już w Tobie mieszka. To nie jest poradnik o technicznej stronie pisania czy zbiór wiedzy na temat pisarskiego warsztatu. To jest książka, która pomoże Ci zbliżyć się do Twojego pisania, zrozumieć lepiej siebie i Twoją twórczość. Tytuł jest dosłowny – bo w trakcie czytania i odpowiadania na moje pytania (jest ich mnóstwo!) naprawdę odkrywasz w sobie pisarza. Dowiadujesz się jakim jesteś pisarzem, czego potrzebujesz do pisania i co jest dla Ciebie najważniejsze. Kiedy już poznasz swoją pisarską stronę, pisanie stanie się o niebo łatwiejsze! To jak z nowym zwierzęciem domowym – kiedy trafia pod Twój dach, pierwsze dni czy nawet tygodnie mogą być koszmarem, a im bardziej uczysz się jego zwyczajów i potrzeb, tym coraz łatwiej wam się razem żyje, aż w końcu cieszycie się w pełni swoją obecnością. 

Wiem, że mieszka w Tobie wspaniały pisarz. I nie mogę się doczekać, aż w pełni go odkryjesz i zaczniesz cieszyć się pisaniem jeszcze bardziej. 

BEZKRYTYCZNE WSPARCIE

Jedna z uczestniczek wyjazdowych warsztatów i odosobnień sierpniowych napisała do mnie wczoraj z ciekawym pytaniem. Po otrzymaniu nagrody Joanna Kuciel – Frydryszak, autorka “Chłopek”, powiedziała, że dostaje od męża bezkrytyczne wsparcie. I Martę zainteresowało – czy to dobrze, czy pisarz/pisarka mają dostawać bezkrytyczne wsparcie? A co jeśli ich tekst wymaga odrobiny, jeśli nie więcej, krytyki?

Moim zdaniem bezkrytyczne wsparcie od bliskich jest absolutnie potrzebne, jeśli nie kluczowe. To złoto. Złoto w płynie, powinni nam podawać dożylnie. Jak trudno jest coś zrobić, osiągnąć, jeśli nikt w nas nie wierzy, wie każdy, kto nie miał szczęścia i dostał mało wspierających rodziców. Mam nadzieję, że Ciebie akurat to ominęło i znasz smak bezkrytycznego wsparcia. Jeśli nie, to szalenie bym Cię zachęcała do znalezienia kogoś, kto takie wsparcie będzie Ci dawał. To jest możliwe! 

Wsparcie, choćby nie wiem co, taka totalna wiara, że możesz to zrobić daje mnóstwo rzeczy:

uskrzydla – dosłownie, dla mnie to takie uczucie, jakbym zaczęła się wznosić conajmniej kilka centymetrów nad ziemią

oddala horyzont – nagle widzi się więcej możliwości, świat staje się większy, pole widzenia szersze

motywuje – oczywiście, że jeśli jest ktoś, kto czeka na moje pisanie, to chce mi się pisać znacznie bardziej!

przygotowuje na krytykę – tak! jeśli mam kogoś, kto za mną stoi murem, to mam znacznie więcej siły, żeby unieść krytykę, i tą sensowną i taką wstrętną, przed którą trzeba się uchylić jak przed zabłąkaną kulą.

zmiękcza rzeczywistość – ja tak to czuję, bezkrytyczne wsparcie powoduje, że świat ma dla mnie mniej kantów, a mi łatwiej i przyjemniej jest się po nim poruszać

zachęca do rozwoju – a wcale nie zniechęca! Kiedy ktoś we mnie wierzy, mogę śmiało stawiać duże kroki, rozwijać się i uczyć, zamiast dreptać w miejscu. 

Dochodzimy do obawy, że takie bezkrytyczne wsparcie zafałszuje pisarzowi/pisarce obraz i potem, kiedy dowie się, że jego tekst nie jest tak wspaniały, zderzy się z rzeczywistością i runie. Myślę, że takie ryzyko istnieje tylko wtedy, kiedy osoba dająca nam “wsparcie” tak naprawdę nie daje nam wsparcia, tylko nad okłamuje. A to wielka różnica. Bo w bezkrytycznym wsparciu nie chodzi przecież o to, żeby komuś mówić “jesteś najlepsza”, “Twoja książka jest genialna”, “nie musisz się niczego uczyć”, “wszyscy redaktorzy to idioci” itd. To nie jest w moim pojęciu wspierające, wręcz przeciwnie, robi krzywdę. 

“Wierzę w Ciebie”, “uwielbiam Twoje pisanie”, “możesz dużo osiągnąć”, “widzę, jakie robisz postępy”, i w ogóle dawanie komuś czasu i uwagi, żeby gadać o książce, tyle, ile się potrzebuje – to jest dla mnie bezkrytyczne wsparcie. 

Zastanawiam się, jak nazwać wsparcie, które ja daję autorom – ono na pewno nie jest bezkrytyczne, bo przecież przychodzicie do mnie często po to, żebym wam powiedziała, jak można ulepszyć wasz tekst. Ale też czuję, że w pakiecie z całą masą uwag o tym, co poprawić i czego się nauczyć, daję ogrom wiary i wsparcia. Hmmm, ciekawe! Często mówię, że daję “czułe kopniaki”, a jeśli wpadnie Ci do głowy przymiotnik na rodzaj wsparcia, który od mnie dostajesz/dostałaś/łeś, to koniecznie do mnie napisz!

BEZDROŻA

Twórczość może być bardzo kapryśna. Czasami tętni życiem, mamy pomysł za pomysłem, nie możemy się doczekać aż siądziemy do pisania. A potem coś się zmienia, rzeka płynie coraz wolniej i wolniej, aż w końcu ustaje i wysycha. Znaczna większość osób, która tworzy, doświadcza takiej suszy raz na jakiś czas. To może być, i najczęściej jest, bardzo frustrujące doświadczenie. Szczególnie, jeśli znany jest nam czas płodny, obfitujący w twórczą energię. 

Próbowałam obserwować siebie i wyłonić z zachowania mojej twórczości jakiś wzór, schemat, który pozwoli mi zrozumieć dlaczego, w jakich momentach, moja rzeka wysycha. Zrozumieć, żeby to zmienić, żeby nie wysychała nigdy. Czułam, że im bardziej postrzegam to jako coś złego, co nie powinno się wydarzać, na co się nie zgadzam, tym bardziej suche jest koryto rzeki i cały otaczający je krajobraz. Czułam jakby szła po bezdrożach, kiedy pragnęłam dżungli. 

Szukałam na wszelkie sposoby – próbowałam kopać studnię, biec tak daleko aż bezdroża się skończą, pytać innych jakie mają sposoby. Nic nie pomagało. 

W końcu siadłam i zaczęłam po prostu się rozglądać. Podziwiać moje bezdroża. Piękne wysokie ostre trawy. Skalne szczyty w oddali. Rozgrzaną ziemię. Niby pustka, a jednak nie pustka. Przestrzeń, na pierwszy rzut oka monotonna i martwa okazała się ciekawa. Ciszę w niej panującą odkryłam na nowo, jako spokojną, relaksującą, zachęcającą do odpoczynku. 

Zajrzałam do wyschniętego koryta rzeki i odkryłam nieznany mi wcześniej wszechświat. Płaskie kamienie mieniące się w słońcu na niebiesko. Muszle rzecznych małż i ślimaków. Gruby żwirek we wszystkich odcieniach ochry. Wzory na piasku, zostawione przez wodę.

Siedziałam długo, opierałam się o duży kamień, przysnęłam w popołudniowym słońcu. W końcu poczułam, że mogę pójść kawałek, nie w poszukiwaniu czegoś, ale tak po prostu, przed siebie, bez planu. Odkrywać. 

Mam poczucie, że w naszej kulturze bardzo mało jest miejsca na bezdroża. Na bycie. Na akceptowanie stanu nie robienia, nie produkowania, nie zmieniania, nie relaksowania… Na nicnierobienie, ale takie prawdziwe, a nie “nic nie robiłam”, czyli przeczytałam dwie książki, obejrzałam serial, poszłam na zakupy, nastawiłam pranie, umyłam podłogę, zadzwoniłam do rodziców – to jest mnóstwo czynności! A mi chodzi o takie naprawdę nic. O prawdziwe bycie. Moje bezdroża zmusiły mnie do tego i choć w pierwszym odruchu chciałam na siłę je zasiedlać, podlewać i użyźniać, to teraz je kocham, zatracam się w piękności ich krajobrazu, spokoju i pustce. 

Jakie są Twoje bezdroża? Jak wygląda dla Ciebie ten czas, kiedy Twoja twórczość zwalnia, kiedy tygodniami, miesiącami nie piszesz? 

Artysta (musi) cierpieć

Ten mit chyba denerwuje mnie najbardziej. Wydaje mi się najbardziej szkodliwy ze wszystkich bzdur, które krążą w naszej kulturze i wsączane nam są do głowy. Tak jakby powoli, przez całe dzieciństwo i dorastanie ktoś wlewał nam do głowy truciznę. W szkole nikt nie uczy nas o szczęśliwych artystach, kolorowych, zachwycających się światem, o pisarkach chłonących życie i piszących powieść za powieścią. Poznajemy pisarzy, którzy cierpieli, pisali o tym jak cierpią, rozkoszowali się swoim cierpieniem. Cały romantyzm jest o tym, a epoka romantyczna jest dla nas, Polaków, największym punktem odniesienia, bo przecież wtedy tworzył nasz wieszcz narodowy – Mickiewicz. 

Nikt nie uczy nas w szkole jak się bawić twórczością, jak się nią cieszyć, jak sprawić, żeby pisanie, malowanie, rysowanie było lekkie i przyjemne. Dostajemy tróje z wypracowań, z rysunków na plastyce, z grania na flecie. Słyszymy, że “to się do niczego nie nadaje”, nasze prace zostają pokreślone na czerwono, nasze słowa przekreślone z komentarzem “bzdura”. Wiecie jak to w nas zostaje? Wiecie jak często dostaję maila z pytaniem “czy to się do czegoś nadaje”? Kilka razy w tygodniu. Mit, że trzeba się namozolić, napracować, kogoś zadowolić, został w nas zasadzony wieloma ziarenkami i wyrósł na ogromne drzewo. 

Jeśli robisz coś szybko, bez wysiłku, to znaczy, że jest kiepskiej jakości. Nie da się napisać dobrej książki w miesiąc. Ile z nas tak myśli? 

Wyobraźmy sobie eksperyment – dajemy grupie czytelników do przeczytania powieść. 

Połowie osób mówimy, że pisarz pisał ją 10 lat, wielokrotnie zmieniał, w trakcie przeżył załamanie nerwowe, potem wyrzucił połowę i napisał od nowa, każdą linijkę cyzelował, każde zdanie poprawiał 10 razy. Pisanie było dla niego męką, sprawiało mu ból i musiał się zmuszać, żeby jednak siadać i pisać. Pisanie to dla niego ciężka praca.

Drugiej połowie osób mówimy, że ta powieść powstała w 2 miesiące, pisarz pisząc doskonale się bawił, historia dosłownie wylewała się spod jego palców, pisanie nie kosztowało go żadnego wysiłku, prawie nie musiał robić żadnych poprawek, wstawał codziennie z radością i z pasją pisał kilka godzin dziennie, a uśmiech nie schodził mu z twarzy. 

Jak myślicie, z jakim nastawieniem będzie czytała pierwsza grupa, a z jakim druga? Jaka jest szansa, że pierwsza grupa będzie z góry zakładała, że to świetna książka, a jaka w przypadku drugiej? 

Moje doświadczenie niestety jest takie, że w naszej kulturze idealizuje się cierpienie. Jeśli wiemy, że ktoś naprawdę ciężko się napracował, to wtedy z góry zakładamy, że wynik jego pracy będzie dobry i na odwrót – jeśli ktoś nie musiał się męczyć, coś przyszło mu z łatwością, mamy tendencję do myślenia, że efekt jego pracy będzie miałki. Czytałam świetne książki napisane w miesiąc i czytałam beznadziejne pisane latami. Czytałam bardzo słabe napisane szybko i świetne wycyzelowane do ostaniej kropki. Nie ma reguły. Można pisać wolno albo szybko, można pisać z przyjemnością albo męcząc się, ale to w ogóle nie wpływa na jakość tekstu. To, czy ktoś ma radość z tworzenia czy cierpi tworząc nie ma przełożenia na jakość jego twórczości. Co kto lubi. 

Ja osobiście lubię twórczość, która powstała z lekkością i radością, taka mi też sprawia przyjemność. Kiedy czytam coś, co było pisane w mękach, na ogół czuję tą mękę i niekoniecznie mnie ona pociąga. Ale to akurat mój gust. Jeśli ktoś lubi cierpieć – nie ma problemu, wszystko jest dla ludzi. Ale błagam, niech wtedy nie lekceważy i nie deprecjonuje twórczości tych, którzy piszą z frajdą. A tak niestety się dzieje. Widziałam wiele sytuacji, w których cierpiący, piszący wolno pisarz przejeżdża walcem tego, który pisaniem się bawi. Dlaczego? Dlaczego nie może być miejsca dla obydwu? Co jest takiego złego w tym, że ktoś wybiera jasną stronę życia i tworzenia? Myślę sobie, że to może zazdrość? Staram się wtedy współczuć temu zazdrosnemu, ale też pokazać: hej, możesz się zainspirować, może ty też nie musisz cierpieć? A jeśli się nie da, jeśli taka osoba pragnie znosić męki twórcze i próbuje mi wmówić, że ja też powinnam – no cóż, wtedy grzecznie dziękuję i oddalam się chyłkiem do mojego magicznego świata, w którym kwiaty wyrastają w ciągu jednej nocy.